odwiedzinowo

niedziela, 20 lutego 2011

urodziny

Młodzieniec pojutrze ma urodziny, w związku z tym, mała imprezka na dziś została przewidziana. Mała, bo i chory nadal, z dziećmi ostatnio kontaktów w zasadzie nie ma. Ograniczyliśmy się więc do rodzinnego spotkania, z dodatkiem chrzestnego i znajomych z kolegą młodzieńca. Sąsiadka z dołu wczoraj rano upiekła ciasto, zrobiła mega tort. My też od wczorajszego poranka w kuchni szaleliśmy, przygotowując różne jedzeniowe gadżety. W połowie roboty okazało się, że babcia - prababcia jest bardzo chora, no i rodzinka odpadła z imprezy - babcia z ciocią i wujkiem musieli dziś nad ranem jechać do mamy swej. Chrzestny "odpadł" kilka dni wcześniej - nie mógł przyjechać tym razem. Zostali znajomi - nasz ratunek imprezy urodzinowej.
Rodzinka, nie chcąc zostawiać dziecięcia na lodzie, postanowiła wczoraj wpaść na trochę. No i dobrze, bo to zawsze jakaś rekompensata. Jakaś, bo przecież wszystkie gadżety miały być dziś. Ale cóż - babcia-prababcia w tym momencie jest ważniejsza, to zrozumiałe. Było jednak ciacho, były życzenia i prezenty. Młodzieniec się cieszył, a jeszcze bardziej się cieszył, że przyjedzie do niego następnego dnia kumpel, że będzie ciocia i wujek, że w okrojonym składzie, ale jednak poszalejemy, zdmuchnie świeczkę z cyfrą 5, wymyśli życzenie, poszaleje z kolegą.
Niecałą godzinę temu znajomi zadzwonili z informacją, że jednak nie przyjadą - dziecko im się rozchorowało...:( No i wszystko się posypało. Jakaś durna złośliwość losu. Trzeba było młodzieńcowi powiedzieć, że już żadnych gości nie będzie, że tylko we trójkę spędzimy ten dzień najlepiej, jak tylko się da, że razem zjemy ciasto, tort.
Ale nas ma na co dzień, a urodziny i swoją imprezę tylko raz w roku... bez łez się nie obyło. Mnie klucha w gardle urosła do niebotycznych rozmiarów. Tak się cieszył na ten dzień, tak sobie planował, w co będzie się bawił, a w zasadzie w przeciągu jednego dnia wszystko się rozsypało. W tej małej główce dużo się dzieje - nadrabia miną, bawi się teraz z M., ale co jakiś czas się zamyśla i popłakuje. Gdyby chociaż był zdrowy, to zabralibyśmy go do kina, do figloparku, żeby tylko zapomniał o tym, że ten dzień, mimo naszych starań nie udał się tak, jak planowaliśmy.
Jeszcze nam się nie zdarzyło, żeby impreza tak bardzo się posypała. Jedzenia wszystkiego nie damy rady zamrozić, nie damy rady też przejeść. Ale co tam jedzenie - najważniejszy jest Młodzieniec, któremu dziś bardzo posmutniały jego figlarne oczy...

środa, 16 lutego 2011

chorobowo

Ostatnimi czasy choroba nie opuszcza naszego domu. K. po wyjściu przed Świętami ze szpitala nabył się w domku raptem 3 dni, żebyśmy już w niedzielę rano (drugi dzień Świąt B.N.) jechali na pogotowie, a potem od razu znów do szpitala. Tym razem wylądowaliśmy na dziecięcym oddziale pulmonologicznym. Nowy Rok witany w szpitalu - jedyne w swoim rodzaju przeżycie:( Teraz to ja siedziałam z młodzieńcem, w noworoczną noc złapałam lekkiego doła, bo nawet świateł na niebie nie widziałam. Ale co tam. Pobyt ten zaowocował jednak naszą większą świadomością choroby malucha. Nie znaczy to, że jest już wszystko ok, cóż... Ja poznałam tam wspaniałą osobę - koleżanka ze szpitalnego pokoju, ha! Nawet nie przypuszczałam, że w takim miejscu spotkam kogoś tak fantastycznego. A jednak;) Dzieci nasze się polubiły, my się polubiłyśmy, mężowie się polubili - coś dobrego w czymś mało optymistycznym. Szpitale nie są więc takie złe. A i na lekarzy świetnych trafiliśmy.
Były też - dla mnie przynajmniej - chwile grozy, bo widziałam zza szyby naszego pokoju, jak kobieta w drugim pokoju dziękuje już za swoje życie... Widziałam, a jednak nie byłam świadoma tego, co robi w dziwnej pozie, przykryta kocem, leżąc na kozetce, gdy jej mały synek rozrabiał w pokoju. Potem wszędzie krew, lekarze, oddział psychiatryczny gościnnie w naszym szpitalu... Nawet w takich miejscach, gdzie dzieci mają być leczone, dzieje się tragedia człowieka dorosłego. Smutne to życie, cóż...
Po szpitalnym pobycie młodzieniec musiał pozostać w domu, dobrze, że w pracy miałam wolne. Tak więc kolejne dwa tygodnie bez przedszkola. Później poszedł na jeden raptem dzień między kumpli i wrócił zainfekowany. Znów dwa tygodnie w domu - M. przeniósł pracę do domu na ten czas. Trochę z tą ostatnią chorobą ja namieszałam, bo sama się rozłożyłam, co nie znaczy, że do pracy nie chodziłam, oj nie - na czterech, ale pójdę! - kiedyś pewnie za to zapłacę. No i poszedł wczoraj znów do przedszkola, dziś, a jutro... do lekarza, bo COŚ! Tak więc, w ramach statystycznych podsumowań - od grudnia dziecię me było całe 4 dni w przedszkolu - 1 dzień w grudniu, 3 dni w lutym... A KASA LECI ZA PRZEDSZKOLE! Opadam pomału z sił. Kończą nam się pomysły na kombinowanie z pracą tak, aby nie brać wolnego. Nie mogę ciągle obciążać sąsiadki z dołu pilnowaniem K., bo ona też ma swoje plany, wyjazdy itd.

No nic, tak na koniec tego użalania się ze spóźnioną skróconą relacją poszpitalną, mała odskocznia po mojej wizycie u lekarza:
Katar dosyć skutecznie przytkał mi uszy, no i trochę głuchawa sobie od kilku dni byłam... Gdy przyszłam do lekarza, tak akurat trafiłam, że poczekalnia była zupełnie pusta, lekarz kończył już dyżur, następny miał być za dwie godziny. Pani w rejestracji kazała mi zapytać doktora, czy jeszcze mnie przyjmie, ale w międzyczasie chciała już przygotować mój zeszyt. Powiedziałam jej jak się zwę i czekałam koło tych drzwi lekarskich. Wtedy ona coś tam do mnie powiedziała, a ja... głucha, aczkolwiek zszokowana tym, co do mnie powiedziała, powtórzyłam jej pytanie idąc do niej: "CZY JA SIĘ MYŁAM???". "Nie, ja pytam, czy pani tu już była?":)No to się dogadałyśmy. Uśmiałyśmy się na maxa, wyjaśniłam, że na uszy mi się rzuciło i ucieszyłam się, że nikogo nie było i nikt tego obciachu nie słyszał:) Ale drugi myk był juz u lekarza. Facet mnie bada. Siedzę na stołeczku w biustonoszu, on mi tam z tyłu słuchaweczką jeździ. A potem coś do mnie gada. Usłyszałam "Teraz nago proszę"... No to odwracam się przodem na tym stołeczku, łapię za zapinkę biustonosza, ale w duchu sobie myślę "nie ma szans, nie rozbiorę się"... no i gdy tak gmerałam przy zapince (zupełnie bezsensownie, bo i tak nie miałam zamiaru się rozebrać), myśląc to, co myślałam, zobaczyłam, że on do mnie wyciąga patyczek... Wtedy dotarło do mnie, że on powiedział "TERAZ GARDŁO PROSZĘ" !!! Gdybym zrobiła to, co usłyszałam, widziałby mnie ten lekarz na oczy swe ostatni już raz.
Moja wyobraźnia bujna jest i gdy siedziałam już w samochodzie, nie mogłam od razu ruszyć, bo śmiałam się sama z siebie, wyobrażając sobie scenę dokonaną - minę lekarza, gdybym zrealizowała prośbę, którą usłyszałam;)