odwiedzinowo

sobota, 27 listopada 2010

rozmowa z dziecięciem

Tak, tak, jak znikam, to na dobre, jak się pojawię , to namolnie prawie. Ale co tam, tego już nie zmienię. Miałam kłaść się spać, ale przypomniałam sobie jedną, godną wg mnie uwiecznienia, scenkę z dnia dzisiejszego - no, właściwie to wczorajszego;)

Byłam z młodzieńcem na popołudniowej kawce u sąsiadki z dołu (młody na herbatce, oczywiście). Tak sobie gaduliliśmy, kawkowaliśmy, kiedy smyk podsunął mi gazetę pod nos i zapytał, czy chciałabym wyglądać jak ta pani. Spojrzałam na wskazywane zdjęcie, na którym była Eva Longoria i z rozmarzeniem odparłam, że "oczywiście, miło by było, gdybym dorównywała jej urodą. Nie miałabym absolutnie nic przeciwko." Na co, smark jeden bez zastanowienia z gruber rury mi dowalił: "Nawet o tym nie śnij!". Matko, zamurowało mnie deczko, bo jakoś na taką akurat kontynuację naszej rozmowy nie byłam nastawiona. Sytuację uratowała sąsiadka, która zapytała pyskacza, dlaczego tak mówi do mamusi. Dziecię dalej brnęło w zaparte: " No niech o tym nie śni. Bo po co? Moja mamusia i tak jest najpiękniejsza na świecie. To moja gwiazda! Nikt nie ma takiej ładnej mamusi. Jest ładniejsza od tej pani." A na potwierdzenie tych słów dostałam mega buziaka i ogromne uściski - przytulaki.

Ha! Jestem piękną gwiazdą!!!Szkoda tylko, że dnia któregoś pewnie pojawi się jakaś panienka, która zajmie moje dostojne miejsce i już nie będę dla niego najpiękniejsza...;) Już teraz nastawiam się psychicznie na bolesny upadek z piedestału, hehe!

Dzieciak mój kochany:) Czasami rzuci takim hasłem, że szczęki trzeba zbierać z podłogi. Najbardziej żałuję, że nie jestem w stanie tego wszystkiego uwieczniać, bo musiałabym ciągle chodzić z dyktafonem. Galopującą sklerozę przecież mam!;)

czwartek, 25 listopada 2010

lata świetlne za mną


Tak, tak, lata świetlne minęły odkąd ostatni raz tu pisałam. No i najprościej jest zrzucić winę na brak czasu, ale przy okazji dochodzi jeszcze może szczypta lenistwa...;) To lenistwo okraszę zdjęciem ostatniej w tym roku tęczy, które dopiero przed chwilą z aparatu zrzuciłam... a robiłam je z okna kuchennego;) Było jeszcze ciepło i zielono. Uuuu, tęsknię za wiosną i latem!!! - a za oknem przecież pierwszy śnieg leży:(

U mnie w zasadzie dzieje się dużo. Np. ostatnimi czasy zgłębiam ambitnie anatomiczne zawiłości nosa, jamy ustnej, zaznajamiam się z zatokami... Masakra - zgłębiam, zgłębiam i na tym byłby koniec. Ale jak nie drzwiami to oknem - zaprę się i wreszcie to opanuję.

Co poza tym, hm... dziecię me cudne wciąż choruje i już nie wiem, za co w tym przedszkolu płacę;) Przecież więcej go tam nie ma niż jest, niestety:( Wciąż łapie infekcje. Od września najdłużej jednym ciągiem w przedszkolu był dwa tygodnie. Dobrze, że jest sąsiadka na dole, to przynajmniej nie muszę tak często brać zwolnienia z pracy, bo chyba szybko by mi powiedzieli: serdecznie dziękujemy (no, może przesadziłam, ale na pewno miałabym marne szanse na przedłużenie umowy). Smutne jest, że ta nasza rzeczywistość nie pozwala nam chorować, a raczej dziecku - bo ja to na czterech, ale do pracy pójdę, a lekarza szerokim łukiem ominę. Gdy dziecię choruje, rodzice często stają przed dylematem - co teraz. Ja jestem naprawdę w komfortowej sytuacji, ale wiele osób tak dobrze nie ma. Każde zwolnienie jednoznacznie nas definiuje - jesteśmy niewydajni... Przykra ta nasza rzeczywistość. I widzę w świetlicy dzieci, które od jej otwarcia, aż do jej zamknięcia tam siedzą, bo rodzice pracują. Można się zżymać na takie rodzicielstwo, owszem, ale chyba nie tędy droga. Jasne, są śmiałkowie - rodzice, którzy dzieci w świetlicowych progach zostawiają dla swojej wygody, "bo mają chwilę dla siebie i na załatwienie swoich spraw". Ale wielu z nich zostawia tam dzieciaki dlatego, że praca ich do tego zmusza. Potem biegną z językiem na wierzchu, żeby tylko dzieciaczka zdążyć odebrać przed zamknięciem. Idąc na łatwiznę, można takich rodziców w myślach piętnować. Ale chyba lepiej na tę naszą dziwną rzeczywistość się pozżymać. Zresztą, sama lepsza nie jestem, niestety... Po jednych zajęciach biegnę na świetlicę, no i to, czy zdążę na czas odebrać mojego smyka z przedszkola zależy od tego, czy rodzice "moich" dzieci zdążą je też na czas odebrać... Paranoiczne błędne kołko. Nic dodać, nic ująć.

Rozpisałam się na zupełnie inny temat niż zamierzałam;) czyli standard! A zaczęłam od tego, że dziecię mi choruje i tyle. Wiemy już, że jedną z przyczyn, oprócz astmy, może być przerost migdałka. I tu zaczyna się dylemat - ciąć, czy nie? Tyle, ile jest głosów za, tyle słyszę głosów przeciwnych. Już sami nie wiemy, co z tym fantem zrobić. A może ktoś umiałby mi doradzić, rozjaśnić trochę w łepetynce, bo nie chcę w żaden sposób zaszkodzić młodzieńcowi? Nie wiem tylko, co w tym wypadku znaczyć będzie - "zaszkodzić":(

W międzyczasie, gdy mnie nie było na blogowych kartach (dziwnie to brzmi), byłam między innymi na Kaszubach. To było dla mnie jak powrót na wakacje - lasy, jeziora, cudne, przepiękne widoki... Szkoda, że tak krótki był to czas i że pogoda nie dopisała. Ale co tam, widoki wszystko wynagrodziły, naprawdę. Miałam szczery zamiar zrobić wiele zdjęć, zrobić tutaj jakąś piękną galerię. Ale niestety, na tym chceniu się skończyło, bo - jak to zwykle w takich sytuacjach (u mnie w każdym razie!) bywa - aparat odmówił mi posłuszeństwa. Baterie padły, a w miejscach, w których byliśmy nigdzie nie mogłam dokonać zakupu nowych:( No i skończyło się na "cykaniu" fotek oczyma - dobre i to, jak mnie się zechce, to sobie je oglądam;)

Młodzieniec chory,a tym razem sąsiadka z dołu nie mogła mi się nim zająć, toteż zmuszona byłam iść na zwolnienie. Może to i dobrze, bo trochę odsypiam, bo nadrabiam zaległości w takich banałach jak: pranie, prasowanie, sprzątanie. Poza tym uczę się trochę... Na liście rzeczy do zrobienia w tym wolnym od pracy tygodniu mam jeszcze wiele punktów, których wciąż nie wykreśliłam. A tydzień już się pomału kończy... No cóż, trzeba się sprężyć i to solidnie. Najważniejsze, to sprawdzenie testów, ale tu nockę chyba zarwać trzeba będzie, żeby się wyrobić. I tak znów wpadam w błędne koło - wolne od pracy nie czyni mnie mniej zapracowaną. Tak to chyba wszystkie kobiety mają. Bo śmiem bezczelnie podejrzewać, że facet taki czas wolny jakoś inaczej by wykorzystał - zapewne w sensie bardziej wolnym... W takich chwilach żałuję (ale tylko odrobinkę!), że nie jestem mężczyzną... Ambitnie, żeby ten "wolny" tydzień, pełen rzeczy koniecznych do wykonania jeszcze bardziej zapełnić, postanowiłam uszyć sobie torbę. No i wpadłam w "torbowy" amok - powstały cztery, a co! Jedną z nich w zasadzie uszyła mi sąsiadka. Ja ją sobie wymyśliłam, powiedziałam co i jak, a sąsiadka na zasadzie "czekaj, pokażę ci jak to zrobić łatwiej" uszyła ją w całości. Nie mogę powiedzieć, żebym się gniewała;) No to na koniec mała prezentacja. Torba uszyta przez sąsiadkę to ta duża czarna, pozostałe banały są moje. Kolejne są w planach. A co - będę zmieniać je częściej niż rękawiczki;) Zdjęć nie obrabiam, bo już młody nade mną stoi i woła do zabawy. A hasło: "Moja mamusia zawsze dla mnie znajdzie przecież czas" do czegoś zobowiązuje, bez względu, czy to jest jest tylko podpucha, czy najszczersza w świecie prawda.

Pozdrawiam wszystkich czytaczy i podglądaczy. Mam nadzieję, że jeszcze od czasu do czasu ktoś tu zajrzy...;) Hmmm, mój długi niebyt na tychże włościach sprawił, że nie wiem/nie pamiętam (sic!), jak mam przesunąć zdjęcia, aby były umieszczone w tych miejscach, w których ja chcę, aby były... Dlatego są tak, jak leci, trudno. Później nad tym pomyślę, albo jutro, jak Scarlett;)