odwiedzinowo

niedziela, 29 sierpnia 2010

chwalipięcko

Dziś krótko i lekko chwalipięcko. Zrobiłam sobie ostatnio dwie torby na szydełku. Nowicjuszką w tym jestem, ale oko cieszy, mimo wszystko:) Wkręciłam się na tyle, że już w planach mam kolejne. Byle tylko czasu trochę znaleźć.


Jako że 1 września już tuż, tuż, na szybko uszyłam wczoraj dziecięciu memu worek do przedszkola. Mały się ucieszył, kapcie od razu do środka wrzucił i już jest gotów do wyjścia;)

A skoro maszynę miałam już wyciągniętą, skleciłam także łazienkowy przybornik. Wszystko jest ok, nie ukrywam, że dumna i blada jestem, że jako tako mi to wyszło. Jednak po wypełnieniu środka, całość lekko się zdeformowała. Widać to zresztą na zdjęciu. Hm, nie mam pomysłu, czym by to od tyłu usztywnić, aby przy praniu rzecz się nie zniszczyła i jednocześnie zachowana była oczekiwana forma. Na razie wisi tak, jak na załączonym obrazku i jak znam zycie, pewnie tak trochę powisi;)


Dziś po obiedzie i drzemkach dzieciaków wybieramy się do Ikea:) To sklep, w którym mogłabym buszować godzinami. W zasadzie nie muszę nic kupować (fakt - jeszcze nigdy z pustymi rękoma nie wyszłam, hehe!), wystarczy, że oczy swe napatrzę na kompozycje, pomysły jakieś ściągnę. Jak znam życie, dzisiejsza wyprawa będzie też okraszona jakimiś łupami:) - dzieciaki do przedszkola, a my fruuu, cieszyć oczy!

W najbliższym czasie muszę tu zamieścić zdjęcia kolejnych staroci, które mi sprezentowano. Mam tam m. in. starą tarę do prania, wagę, żelazko, młynek:) Na razie wszystko stoi w piwnicznych czeluściach i czeka na moje natchnienie, bo znacznego odświeżenia rzeczy wymagają.

A na koniec jeszcze jedna zajawka z życia naszej - tymczasowo - dwójki dzieci.
Kuzynostwo grzecznie, bądź mniej grzecznie się bawiło u sąsiadki mej. W pokoju, w którym najwięcej łobuzowali, przy komputerze stały na talerzyk wysypane orzeszki - ich owoc zakazany. Dzieciaki, korzystając z tego, że siedziałyśmy w kuchni - na kawce małej;) - momentami zapadały w tajemnicze milczenie. Co jednak tam zajrzałyśmy, udawały, że grzecznie się bawią. W końcu przyszedł na nas czas. Mówię do młodego, żeby z młodą się pożegnał, bo na drzemkę trzeba iść. Młoda zaczęła go buntować, używając do tego szeptu teatralnego: "Poproś ciocię, żebyś jeszcze mógł tu zostać. Błagaj ją o to. Złóż rączki i błagaj, żeby jeszcze nie szła. No błagaj, słyszysz." Młody, potulny cielaczek, robił to wszystko, dołączając do tego jeszcze maślane spojrzenie. Godzina jednak była już późna, trzeba było już iść, tym bardziej, że młoda także miała iść spać. Nadszedł jednak czas ponownego popołudniowego spotkania. Z sąsiadką zeszłam do piwnicy na chwilę po słoiki, dzieciaki się bawiły - nasłuch był, wszystko było w porządku. No i w tej piwnicy dowiedziałam się, że młoda, po naszym wyjściu nakablowała na młodego, że jadł orzeszki:) Babcia oczywiście głowę jej zmyła za to, że skarży na swojego przyjaciela, ale hasło już padło. No to ja, niewiele myśląc, powiedziałam, że zaraz młodemu urządzę przepytywankę. Jako, że niosłam do góry też napój, który w sześciopak pakowany był folią, wpadłam na mega pomysł. Gdy tylko weszłyśmy do mieszkania, zawołałam do meldunku dzieciaki. Pokornie stanęły, wzięłam młodego przed siebie i wyciągnęłam tę folię z napoju... Powiedziałam, że to jest tajemnicza folia prawdy. Przyłożyłam mu ją do brzuszka i powiedziałam, że teraz ta folia powie mi prawdę. Młodzieniec zrobił wielkie oczy, młoda też gapiła się jak sroka w kość, a sąsiadka prawie się udusiła, próbując powstrzymać śmiech. Trzymałam tak tę folię i powiedziałam, że czuję, że w jego żołądku znajdują się orzeszki. "Czy jadłeś dziś orzeszki? Tylko nie kłam, bo folia prawdę mi mówi. Teraz oczekuję od ciebie, że się przyznasz do błędu." Dziecię z oczętami jak spodki najpierw chciało uciekać, ale po chwili wszystko wyśpiewało: "Jadłem orzeszki, ale ona też". No to ja sru - folię do brzuszka młodej, ta chciała też na początku się wyprzeć, ale ostatecznie przyznała się "Jadłam. On mi dał orzeszka, a ja poczęstowałam jego". No i tak to dzieciaki przyznały się do błędu. Najpierw jeden długojęzycznik wszystko wykablował babci, nie wiedząc, że przez to sam wpadnie:) A folia prawdy została schowana - jeszcze na pewno nam się przyda...

piątek, 27 sierpnia 2010

dziecięce rozmówki




Na początek zdjęcia, które miały być na końcu, ale coś mi się tu krzaczy, no i nie działa tak,  jak powinno. Mniejsza z tym - zdjątka są, a gdzie, to już nieistotne.

Kuzynka smyka mego przyjechała do babci. Jest więc piętro niżej, a co za tym idzie, dzieciaki - rówieśnicy w zasadzie, widzą się każdego dnia. Ich miłość wzajemna objawia się w tym roku kłótniami, biciem, skarżeniem, współzawodnictwem. Dochodzi do tego oczywiście spacerowanie za rączkę, zabawa w dzidziusia (!), przytulaski. W uczuciowości swojej przechodzą z jednej skrajności w drugą, no i tak naprawdę można oszaleć momentami, ale trzeba być dzielnym;) Dobrze, że melisy w ogrodzie nie brakuje... Czterolatki te charakterne są dosyć, a co za tym idzie, trzeba im serwować co jakiś czas dłuższe momenty odosobnienia. Wtedy i miłość między nimi jest większa, i w zgodzie bawić się potrafią nieco dłużej. Dziś, po porannych szamotaninach mieli postawione pod znak zapytania popołudniowe spotkanie. Jako że i ja miałam trochę pracy do pracy, a co za tym idzie, sporo siedzenia przy laptopie, nawet na rękę było mi to odosobnienie. Co prawda zamierzałam zejść do sąsiadki na małą kawkę, ale smyk nie musiał o tym wiedzieć. W którymś momencie młody przyszedł do mnie, podparł się o framugę i z miną mędrca, a zarazem smakosza stwierdził: "Mamunia, wiesz co, tak sobie myślę, że może wyskoczylibyśmy do babci na małą kawkę..." Zasugerowałam mu delikatnie, że kawka, jak już, to dla mnie, dla niego soczek, ale ja kawkę akurat piję, a do babci nie pójdziemy z dwóch powodów - jego kary i mojej pracy. Młody nie poddawał się: "Wiesz co, myślę sobie, że jednak mała kawka by nie zaszkodziła... "Cwaniak, dobrze kombinował - ja na kawkę, on na wariacje z młodą. Byłam nieugięta. Po jakichś 20 min dziecię ponownie było przy mnie: "Wiesz co, jak nie pójdziesz na kawkę do babci i mnie ze sobą nie weźmiesz, to z kim ja biedny będę się bawił? Zastanów się trochę mamuniu, dobrze? Tylko wymyśl wszystko dobrze, to ważne". Zasugerowałam mu, że już wymyśliłam i nigdzie nie pójdziemy. Na co młodzieniec, w akcie desperacji znów przystąpił do ataku: "Jak nie pójdziemy na dół do dziewczyn, to z kim ja się będę bawił". No ze mną, to oczywiste, prawda? Dziecko podeszło do mnie, złapało mnie za twarz i zogromną szczerością podsumowało: "Wiesz co mamuniu, świetna z ciebie kobieta mojego życia, ale ja mam ochotę pobawić się z dzieckiem. Chodźmy więc do babci". No i poszliśmy. 

sobota, 7 sierpnia 2010

lot motolotnią


Spontanicznie podjęta decyzja zaowocowała niezapomnianym lotem motolotnią. We cztery (baby odważniejsze od facetów!) postanowiłyśmy w ubiegłą sobotę skorzystać z miłej propozycji naszego znajomego. Mamuśka ostatecznie zrezygnowała, gdyż zestresowała się brakiem bocznych zabudowań. Ale i tak podziwiam ją za to, że w ogóle poważnie myślała o tym locie.
Poszłam na pierwszy ogień.Było cudownie, fantastycznie, pięknie. To niesamowicie, jak ślicznie z góry wszystko wygląda. Od momentu, gdy tylko usiadłam na ślicznotką, banan z mojej gębuli nie schodził. Po prostu chciało się przez cały czas uśmiechać. Moment oderwania od ziemi był niesamowity. Aż dech w piersiach zapierało. A potem oglądanie z lotu ptaka tego, co zostało w dole - same zachwyty. Emocje, które ciężko opisać. Ale wiem, że tam w górze czułam się niesamowicie szczęśliwa. Już wiem, że na pewno to jeszcze powtórzę.



środa, 4 sierpnia 2010

wianek

U nas wciąż gościnnie, czasu wolnego właściwie w ogóle, toteż wklejam tylko fotkę wianka, który zrobiłam w zeszłym tygodniu i tyle. Trochę drucików, trochę zasuszonej trawy, trochę lawendy, no i przede wszystkim szyszki - wyszło co wyszło, ale trzyma się, nie spada, a przy okazji bazą będzie do kolejnego sezonowego ozdabiania.


Pogoda od dwóch dni jest dziwna - deszczowo - duszna, niżowe klimaty mi się włączają. Poza tym, jak nie spojrzeć, sierpień już mamy, a to oznacza zbliżający się koniec wakacji. Dla mnie sierpień właśnie taki jest - nie odbieram go jako środek wakacji, ale końcówkę, finiszowanie... no i znów od początku.

Dyskusja powodziowa w komentarzach się rozwinęła. Myślę, że nie powinno tu chodzić o łapanie za słówka i rozbieranie tego wszystkiego na części pierwsze. Skoro są różne oblicza problemu, to nie ma co się roztkliwiać i okrywać wszystko niewidocznym woalem. Mniejsza z tym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i tyle.