odwiedzinowo

wtorek, 27 lipca 2010

drzewko i nadużywanie pomocy

Aby zachować na dłużej klimat urlopowy, przywiozłam całą torbę szyszek, które pomagał mi zbierać synek i jego piaskownicowa koleżanka. Postanowiłam zrobić drzewko, czy coś tam innego - jak zwał, tak zwał, które w zależności od pory roku będzie otrzymywało różne dodatki. Pomysł mało oryginalny, bo pełno tego po necie krąży, ale co tam, w końcu wykonanie moje;)
Jako podstawę postanowiłam wykorzystać stary wiklinowy klosz.


Przyczepiłam do niego za pomocą nitki szyszki, zostawiając między nimi niewielkie wolne przestrzenie na późniejsze dodatki. całość osadziłam na... stelażu z baldachimu do łóżeczka, który kiedyś miał młodzieniec. No a wszystko to wkopane jest do doniczki, wypełnionej piaskiem i szyszkami, którą pomalowałam metodą suchego pędzla. Od spodu lampowego drzewka przyczepiłam ususzoną trawę ozdobną, której patyczki wsadziłam także do doniczki. No i tak sobie powstało moje pamiątkowe mazurskie lampowe drzewo, które stoi dumnie przed drzwiami wejściowymi.

Miał jeszcze powstać wianek na drzwi, ale po 2 dniach prób zrezygnowałam. Nie mam pomysłu, jak je przyczepić, aby nie spadały. Tak więc resztę szyszek poupychałam do doniczek, licząc na to, że może kiedyś mnie oświeci i uda mi się zrobić szyszkowy wianek, który się nie rozpadnie w chwili, gdy będę go chciała zawiesić:)

Kilka dni temu przyjechał do nas K. z super rzeczami. Dostałam od niego starą wagę z fantastycznymi odważnikami - całość jest do oczyszczenia, odświeżenia, ale i tak prezentuje się rewelacyjnie. Na razie stoi w piwnicy, a co za tym idzie, nie chce mi się tam teraz schodzić, coby fotkę strzelić - przy okazji to zrobię. Kolejna rzecz, którą dostałam, to śliczny młynek. Jest piękny, nie potrzebuje większego odnawiania, dlatego już teraz dumnie pręży się na kredensie obok innych młynków. Kiedy wezmę się wreszcie za odnawianie kanki i w/w wagi, także i to cacuszko odświeżę.


Dziś u nas, zapewne jak w większości miejsc, pochmurno i lekko deszczowo. Przygotowałam już sobie deskę do prasowania i zaraz biorę się do roboty. Niestety, ta robota tym razem nie może być odłożona. Skończyły mi się wymówki, że upał i nie da się stać przy żelazku. Tak więc czeka mnie bardzo upojne popołudnie. Już normalnie palę się do roboty:( - co zresztą widać, bo zamiast prasować, siedzę przy laptopie, ale każdy pretekst jest dobry, byle tylko nie robić tego, czego się nienawidzi. Śmieję się, że mogłaby przyjechać teściowa, która zawsze, gdy jest u nas, szuka jakiejś roboty, no i najczęściej bierze się za prasowanie. A wtedy, wszystko to, co znajduje się na dnie kosza - do wyprasowania kiedyś tam - odnajduje światło dzienne. No, ale teściowa nie przyjedzie, muszę sama dojść do dna, bo nikt tego tym razem za mnie nie zrobi.
Tak więc biorę się do roboty:(

Zanim jednak wezmę się za to znienawidzone prasowanie, jeszcze krótką refleksją rzucę, bo tłucze się to mi po głowie od jakiegoś czasu. Wszystko to dzięki naszemu znajomemu, który zaangażował się w pomoc powodzianom w odbudowie ich domów itp. Ukazał nam inny aspekt tragedii, która inaczej przedstawiana jest w telewizyjnych migawkach, a nieco inaczej wygląda w rzeczywistości. Okazuje się, że dla wielu z tych ludzi (jeśli nie dla większości) potęga nieszczęścia stała się także możliwością do robienia niezłych interesów. Ci, którzy naprawdę są w potrzebie to najczęściej osoby starsze, samotne, które z reguły nie potrafią prosić o pomoc. Pozostali z reguły są kombinatorami. Używane ciuchy z darów? - beznadzieja, to na odrzut, lepiej brać od firm ciuchy nowe, które licznie napływają. Na ciuchach tych można się nieźle wzbogacić. Biznes też można zrobić również na środkach czystości. Proszki do prania, płyny, mleczka itp. - wszystko to jest dobrych marek - bierze się to w ilościach hurtowych (kto zużyje 5 kg proszku w 2 dni? tym bardziej, że ciuchy raczej się wyrzuca, a nie pierze!), potem robi się mały składzik - magazynek z różnymi środkami, które następnie elegancko się sprzedaje. Zysk jest czysty - produkty otrzymane są przecież za darmo, a upłynnić można po lekko niższej cenie niż normalnie w sklepie. Kasa sama płynie. Biznes się kręci.
Przykre to jest, bo tak naprawdę nikt nie jest tego w stanie kontrolować. Kombinatorzy byli i będą. Skoro się należy - biorą tyle, ile się da, nikt nie zabroni. Później przed kamerami te same osoby płaczą, że nie mają pieniędzy, że wszystko utraciły, że żyć się nie chce... Zresztą, kamer nie potrzeba, wystarczy głośno mówić - to jest uszkodzone, to zniszczone, tamto do naprawy (choć wcale nie było wcześniej używane, ale co tam - można podkręcić wyliczankę!)
Ja wierzę, że tak jest, że stracili. Ale wiem też, że niejednokrotnie ci, którzy nie potrzebują, albo potrzebują, ale niekoniecznie na taką skalę, jak mogłoby się to wydawać, biorą ile wlezie i się wzbogacają. Wiem też, że są osoby, które wyolbrzymiają swoje straty, zaliczając do nich rzeczy, które i tak były bez użytku, często pozostawione do wyrzucenia, a jednak chętnie korzystają z pomocy, bo skoro się należy, to dlaczego nie wyciągnąć ręki...
Ta powódź znów odkryła różne ludzkie oblicza. Pokazała naciągaczy, kombinatorów i leniuchów. Tak, leniuchów, bo jak nazwać tych, którzy wolą przed sklepem kolejne piwko pić, zamiast zakasać rękawy i wziąć się chociażby do zbijania zamokniętych tynków? Oni piją, siedzą, nic nie robią, bo po co mają się przemęczać, skoro od roboty mają wolontariuszy. Po to jest wolontariat - przyjdzie, zrobi, posprząta, a pan sobie elegancko poleży, pomarudzi, piwko wypije, pokombinuje.
W innym domu siedzi samotna babcia, która nie ma siły do pracy, ale kroczek po kroczku, sprząta obejście, bierze z darów tylko tyle, ile naprawdę potrzebuje, nie naprasza się o pomoc.
No i cóż, znów potwierdza się ta odwieczna prawda - ci, którzy naprawdę potrzebują, nie krzyczą, nie wołają. Oni skromnie pochylają głowę i sami pomagają tym, którzy przyszli do pomocy.
Smutne to jest, bo wbrew pozorom nasze dary najczęściej nie trafiają wcale do tych najbardziej potrzebujących, tylko do tych krzykaczy, którzy łokciami drogę sobie torują. Oni krzywdy nie dadzą sobie zrobić, oni na tym nieszczęściu zbudują swoje zakłamane królestwo.

4 komentarze:

  1. Rewelacyjnie wyszlo Ci to szyszkowe drzewko, bardzo mi sie podoba :) Mlynka tez zazdroszcze :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pod wrażeniem Twojego drzewka! Wyszło fantastycznie :)
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze że piszesz o tym polskim łajdactwie,ale zapewniamy Cię że wszyscy puszczą Twoje słowa mimo uszu.,,polityczna poprawność" i strach przed narażaniem się knebluje ludkom usta(szczególnie na blogach).Tu nie porusza się drażliwych tematów.My coś o tym wiemy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj!
    Pamiętam powóź w 97 roku. Była na wyciągnięcie ręki.
    Nam na szczęście niczego nie zabrała.
    Niestety masz rację, ludzie wykorzystują pomoc w przeróżny sposób, także nieuczciwie.
    Myślę jednak, że takich jest zdecydowanie mniej.
    Szkoda byłoby, gdyby postawa nielicznych wpływała na potraktowanie innych.
    Dobrze, że o tym piszesz, bo nie można udawać, że sprawy nie ma.
    Zwłaszcza, że cierpią na tym uczciwi ludzie, rzeczywiście potrzebujący pomocy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń