odwiedzinowo

czwartek, 29 lipca 2010

kotleciki chlebowe

Co zrobić, gdy mamy nadmiar chleba, albo jest on już czerstwy? Ot, po prostu kotleciki chlebowe. Super proste i bardzo, bardzo dobre.
Chlebek należy począstkować, namoczyć w mleku, które następnie należy odcisnąć. W międzyczasie należy poddusić pokrojoną w kosteczkę cebulkę i różne dodatki, zależne od fantazji, np. ogórki, paprykę, wędlinkę, pieczarki, co kto lubi i uważa za słuszne. Wyciśnięty chleb łączymy z zawartością podduszonych składników (można dodawać też starty ser żółty, kukurydzę i co tam komu w duszy gra), jajem, przyprawami i wykonujemy takie czynności, jak przy robieniu kotletów mielonych. Kotleciki te zawsze się udają, zawsze smakują, a ktoś, kto ma okazję jeść je pierwszy raz nie jest w stanie odkryć, z czego one są i to jest najfajniejsze - chcąc odkryć ich "tajemnicę" sięga po kolejny i kolejny... no i tak znikają w tempie błyskawicznym.
Dziś zrobiłam wersję prostą - poddusiłam cebulkę z korniszonami, dodałam dwie łyżki koncentratu pomidorowego, no i ukulałam cały półmisek kotletów. Nie ma obawy, że jest ich za dużo - znikną szybciej, niż można by się spodziewać;)


Pod moim ostatnim postem Los Alpaqueros napisali mądry komentarz:) Macie rację, najfajniej jest być zawsze poprawnym politycznie. Tylko ta poprawność wcale nie jest związana ze szczerością, z prawdą. A ja nie muszę i nie chcę być fajna. Przecież nie o to chodzi. Ludzie wciąż boją się trudnych tematów. Wolą słodkie ciumciurumciu, niż zmierzyć się z prawdą. Dziwne to, naprawdę. Macie też rację (czoła chylę za odważną opinię) - na większości blogów też poprawność jest preferowana ponad wszystko, bo przecież lepiej jest być fajnym, niż od czasu do czasu kontrowersyjnym, wychodzącym poza szereg. Jakoś dziwnie kojarzy mnie się to z dulszczyzną, kołtunerią... A każdy medal ma dwie strony. Więc może dobrze by było przyjrzeć się od czasu tej drugiej, ciemniejszej stronie.

wtorek, 27 lipca 2010

drzewko i nadużywanie pomocy

Aby zachować na dłużej klimat urlopowy, przywiozłam całą torbę szyszek, które pomagał mi zbierać synek i jego piaskownicowa koleżanka. Postanowiłam zrobić drzewko, czy coś tam innego - jak zwał, tak zwał, które w zależności od pory roku będzie otrzymywało różne dodatki. Pomysł mało oryginalny, bo pełno tego po necie krąży, ale co tam, w końcu wykonanie moje;)
Jako podstawę postanowiłam wykorzystać stary wiklinowy klosz.


Przyczepiłam do niego za pomocą nitki szyszki, zostawiając między nimi niewielkie wolne przestrzenie na późniejsze dodatki. całość osadziłam na... stelażu z baldachimu do łóżeczka, który kiedyś miał młodzieniec. No a wszystko to wkopane jest do doniczki, wypełnionej piaskiem i szyszkami, którą pomalowałam metodą suchego pędzla. Od spodu lampowego drzewka przyczepiłam ususzoną trawę ozdobną, której patyczki wsadziłam także do doniczki. No i tak sobie powstało moje pamiątkowe mazurskie lampowe drzewo, które stoi dumnie przed drzwiami wejściowymi.

Miał jeszcze powstać wianek na drzwi, ale po 2 dniach prób zrezygnowałam. Nie mam pomysłu, jak je przyczepić, aby nie spadały. Tak więc resztę szyszek poupychałam do doniczek, licząc na to, że może kiedyś mnie oświeci i uda mi się zrobić szyszkowy wianek, który się nie rozpadnie w chwili, gdy będę go chciała zawiesić:)

Kilka dni temu przyjechał do nas K. z super rzeczami. Dostałam od niego starą wagę z fantastycznymi odważnikami - całość jest do oczyszczenia, odświeżenia, ale i tak prezentuje się rewelacyjnie. Na razie stoi w piwnicy, a co za tym idzie, nie chce mi się tam teraz schodzić, coby fotkę strzelić - przy okazji to zrobię. Kolejna rzecz, którą dostałam, to śliczny młynek. Jest piękny, nie potrzebuje większego odnawiania, dlatego już teraz dumnie pręży się na kredensie obok innych młynków. Kiedy wezmę się wreszcie za odnawianie kanki i w/w wagi, także i to cacuszko odświeżę.


Dziś u nas, zapewne jak w większości miejsc, pochmurno i lekko deszczowo. Przygotowałam już sobie deskę do prasowania i zaraz biorę się do roboty. Niestety, ta robota tym razem nie może być odłożona. Skończyły mi się wymówki, że upał i nie da się stać przy żelazku. Tak więc czeka mnie bardzo upojne popołudnie. Już normalnie palę się do roboty:( - co zresztą widać, bo zamiast prasować, siedzę przy laptopie, ale każdy pretekst jest dobry, byle tylko nie robić tego, czego się nienawidzi. Śmieję się, że mogłaby przyjechać teściowa, która zawsze, gdy jest u nas, szuka jakiejś roboty, no i najczęściej bierze się za prasowanie. A wtedy, wszystko to, co znajduje się na dnie kosza - do wyprasowania kiedyś tam - odnajduje światło dzienne. No, ale teściowa nie przyjedzie, muszę sama dojść do dna, bo nikt tego tym razem za mnie nie zrobi.
Tak więc biorę się do roboty:(

Zanim jednak wezmę się za to znienawidzone prasowanie, jeszcze krótką refleksją rzucę, bo tłucze się to mi po głowie od jakiegoś czasu. Wszystko to dzięki naszemu znajomemu, który zaangażował się w pomoc powodzianom w odbudowie ich domów itp. Ukazał nam inny aspekt tragedii, która inaczej przedstawiana jest w telewizyjnych migawkach, a nieco inaczej wygląda w rzeczywistości. Okazuje się, że dla wielu z tych ludzi (jeśli nie dla większości) potęga nieszczęścia stała się także możliwością do robienia niezłych interesów. Ci, którzy naprawdę są w potrzebie to najczęściej osoby starsze, samotne, które z reguły nie potrafią prosić o pomoc. Pozostali z reguły są kombinatorami. Używane ciuchy z darów? - beznadzieja, to na odrzut, lepiej brać od firm ciuchy nowe, które licznie napływają. Na ciuchach tych można się nieźle wzbogacić. Biznes też można zrobić również na środkach czystości. Proszki do prania, płyny, mleczka itp. - wszystko to jest dobrych marek - bierze się to w ilościach hurtowych (kto zużyje 5 kg proszku w 2 dni? tym bardziej, że ciuchy raczej się wyrzuca, a nie pierze!), potem robi się mały składzik - magazynek z różnymi środkami, które następnie elegancko się sprzedaje. Zysk jest czysty - produkty otrzymane są przecież za darmo, a upłynnić można po lekko niższej cenie niż normalnie w sklepie. Kasa sama płynie. Biznes się kręci.
Przykre to jest, bo tak naprawdę nikt nie jest tego w stanie kontrolować. Kombinatorzy byli i będą. Skoro się należy - biorą tyle, ile się da, nikt nie zabroni. Później przed kamerami te same osoby płaczą, że nie mają pieniędzy, że wszystko utraciły, że żyć się nie chce... Zresztą, kamer nie potrzeba, wystarczy głośno mówić - to jest uszkodzone, to zniszczone, tamto do naprawy (choć wcale nie było wcześniej używane, ale co tam - można podkręcić wyliczankę!)
Ja wierzę, że tak jest, że stracili. Ale wiem też, że niejednokrotnie ci, którzy nie potrzebują, albo potrzebują, ale niekoniecznie na taką skalę, jak mogłoby się to wydawać, biorą ile wlezie i się wzbogacają. Wiem też, że są osoby, które wyolbrzymiają swoje straty, zaliczając do nich rzeczy, które i tak były bez użytku, często pozostawione do wyrzucenia, a jednak chętnie korzystają z pomocy, bo skoro się należy, to dlaczego nie wyciągnąć ręki...
Ta powódź znów odkryła różne ludzkie oblicza. Pokazała naciągaczy, kombinatorów i leniuchów. Tak, leniuchów, bo jak nazwać tych, którzy wolą przed sklepem kolejne piwko pić, zamiast zakasać rękawy i wziąć się chociażby do zbijania zamokniętych tynków? Oni piją, siedzą, nic nie robią, bo po co mają się przemęczać, skoro od roboty mają wolontariuszy. Po to jest wolontariat - przyjdzie, zrobi, posprząta, a pan sobie elegancko poleży, pomarudzi, piwko wypije, pokombinuje.
W innym domu siedzi samotna babcia, która nie ma siły do pracy, ale kroczek po kroczku, sprząta obejście, bierze z darów tylko tyle, ile naprawdę potrzebuje, nie naprasza się o pomoc.
No i cóż, znów potwierdza się ta odwieczna prawda - ci, którzy naprawdę potrzebują, nie krzyczą, nie wołają. Oni skromnie pochylają głowę i sami pomagają tym, którzy przyszli do pomocy.
Smutne to jest, bo wbrew pozorom nasze dary najczęściej nie trafiają wcale do tych najbardziej potrzebujących, tylko do tych krzykaczy, którzy łokciami drogę sobie torują. Oni krzywdy nie dadzą sobie zrobić, oni na tym nieszczęściu zbudują swoje zakłamane królestwo.

poniedziałek, 19 lipca 2010

pourlopowo


Pourlopowo znaczy, że w domu masa roboty - plewienie, koszenie, zbieranie zbiorów... Ale już, już prawie się z tym uporaliśmy. Nawet wczoraj napełniliśmy baniaczek białymi porzeczkami na winko. Hmmm, szkoda, że trzeba na to tyle czasu czekać;)

A jeśli chodzi o urlop... cóż, ja już tęsknię. Kocham to miejsce, w które jeździmy każdego roku. Zjeździłam całe Mazury i zatrzymałam się na Warmii w Kretowinach. Teraz tam wypoczywamy, bo to miejsce, w którym można znaleźć wszystko to, czego potrzeba - jeśli ktoś chce spokoju, znajdzie go na pewno; jeśli ktoś chce ludzi i odrobiny wakacyjnego hałasu - też to osiągnie. Kretowiny ze swoim pięknym jeziorem to dla mnie przystań, w której chciałabym kiedyś zatrzymać się na dobre - no, ostatecznie gdzieś w pobliżu:)
Kiedyś jeździłam tam z przyjaciółką pod namiot. To było życie! Jeździłyśmy na całe wakacje - dopóki pieniędzy starczyło (radziłyśmy sobie na różne sposoby, aby przedłużyć pobyt - np. zbieraniem butelek po piwie - nawet ze śmietników! - i ich sprzedawaniem, z tego też tam słynęłyśmy). Do końca roku z nostalgią wspominałyśmy te dwa miesiące. Od stycznia zaczynałyśmy już planowanie wakacyjnego wypadu. Dwumiesięczne ładowanie akumulatorów musiało nam wystarczyć na pozostałą część roku.
Teraz trochę się to pozmieniało. Akumulatory ładować trzeba w przyspieszonym trybie - dwutygodniowym. Oj, ciężko jest wracać. Ale sam pobyt, moment przyjazdu - to jest jak zachłyśnięcie się powietrzem po zbyt długim pobycie pod wodą. I tak naprawdę nie jest ważne, czy jest tam ładna pogoda, czy deszcz. Tak naprawdę przyjeżdża się tam dla samego miejsca, dla atmosfery, dla samego bycia i ludzi - starych (także powracających) i nowych (też wrócą na pewno!). Niektórzy śmieją się już z tej mojej kretomanii, ale prawdą jest, że w miejscu tym można się zakochać. Zresztą, kto kocha jeziora, pokocha również i to. Zaraziłam tym miejscem M. mojego, pokochał je nasz synek. Nad morze nikt z nas nie chce jeździć. Robimy sobie co prawda całodniowe wypady nad morze, ale nie, oj nie - chcemy wracać nad jezioro, bo tam dla nas jest lepiej, magiczniej, bardziej swojsko.
Obudziliśmy się razu jednego z M. ok. 3.30, bo Młodego przez bolący paluszek niespokojności senne ogarnęły, no i tak po uspokojeniu go, wyjrzeliśmy przez okno. Patrzymy, a tu, zaraz przy naszym domku stoi sobie bocian - dumny, piękny. Niestety, nie udało nam się zrobić mu fotki, ale widok był naprawdę dla nas niesamowity. Przechadzał się później przed domkiem naszym, robił obchód wokół innych. Szkoda, że nie udało nam się tego uwiecznić.
Za to dwa dni później wynagrodziliśmy sobie brak bocianiego zdjęcia wiewiórką, która przysiadła na drzewie obok domku naszego. Tak przez dwa dni do nas przychodziła, ślicznotka jedna!


Łabędzi oczywiście także nie brakowało. Chleb więc nie miał prawa się zmarnować, wszelkie resztki szły dla kaczek i rodziny łabędziej.


Nadmorski pobyt przyniósł nam też - oprócz wiatru, słońca i piasku - sporo ubawu. Traktor, przejeżdżający przez plażę stał się dla wszystkich wczasowiczów super widokiem.


Ale i tak nie ma to jak jeziora - morze morzem, a jezioro jest dla nas ponad wszystko;)
Uwielbiam zachody słońca nad jeziorem. Mogłabym godzinami się w nie wpatrywać - hm, szkoda, że tak się nie da, bo to chwila przecież, ale jaka chwila!


Mogłabym tak długo jeszcze wzdychać, achać i echać, ale co to zmieni? Wróciliśmy już z tego magicznego dla nas miejsca i tak już pozostanie. Jedynie zanucić sobie można: "znajdziesz tam cel swojej drogi, wrócisz tu za rok, wrócisz tu za rok...". My cel znaleźliśmy i wrócimy, na pewno wrócimy, szkoda tylko, że faktycznie dopiero za rok. Ale może dzięki temu bardziej docenia się to miejsce, jego magię, niepowtarzalną specyfikę.
No dobra, koniec na dziś tego nostalgicznego trucia;)