odwiedzinowo

czwartek, 24 czerwca 2010

śwęto okrojone

Pierwszy raz Dzień Ojca obchodziłam na cmentarzu. To było zawsze nasze wspólne święto, wymienialiśmy się życzeniami, a teraz jakoś tak dziwnie, jakoś smutno i pusto, bardzo pusto... I cóż mogłam ofiarować? - tylko znicz zapalony na grobie. W tym roku sama przyjmowałam życzenia. Za szybko to się stało.
Młodzieniec upodobał sobie w przedszkolu jednego Dziadka, który przychodzi po swojego wnuczka. Zawsze z panem Dziadkiem rozmawia, gdy go jeszcze nie ma, wpatruje go z niecierpliwością. Rozmowy oczywiście są bardzo męskie;) Sympatia chłopaków jest obustronna, to widać. Rozmowy są rewelacyjne, a Młodzieniec pana Dziadka traktuje faktycznie jak kogoś bliskiego. No i w sumie nie mam co się dziwić. Nie ma już żadnego dziadka. Jednego nigdy nie poznał, bo zmarł dawno temu. Drugi odszedł niedawno, pozostawiając smyka rozkochanego w sobie. Teraz malec szuka tego, którego już nie ma u innych - panów Dziadków.

Późnym popołudniem wczoraj chmurzyło się dosyć mocno. Ale jeszcze wyszłam do ogrodu po truskawki. Wzięłam aparat, aby uwiecznić jaśmin, który rozkwitł na potęgę. Aż się japa sama uśmiecha do niego.
Koty też chciały się pozdjęciować, więc uwieczniłam je, czemu nie. Łobuzy jedne, drapią sąsiadce z dołu drzewka. Ta je goni i psioczy, że niedobre, że wstręciuchy. Ale jak upolują jakieś zwierzę - szkodnika, to wszystko jest ok.
Hm, szkoda, że to "lubienie" jest tylko w chwilach potrzeby, pożytecznych. A Tato zawsze mówił, że zwierzęta trzeba kochać, bo dają nam tyle, ile my im - ba, nawet więcej:) Święte słowa.


Łobuziaki dwa, zawsze przy nodze, wierne jak psiaki. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę, a już lecą po swoją porcję "głasków". Wśród mruczeń i ćwiczeń "rozciągających" dają ze sobą robić prawie wszystko, byle tylko je myziać. Chętnie pozują też do zdjęć.
A tu Plamka kuka ze skalniaka i Kropek między drzewami. Każdy z tych kotów ma swoją historię. Bez nich dom nie jest domem. Przynajmniej dla mnie. Niech więc będą ze swoim drapaniem i przymilnym mruczeniem.

wtorek, 22 czerwca 2010

weny brak

Czerwiec to dla mnie gorący czas. I wcale nie chodzi mi o pogodę, choć kilka dni słonecznych było. Na tyle słonecznych, że wylegiwałam się na leżaczku z książką w ręce i łapałam każde promienie słoneczne. No i złapałam - po to chyba, żeby teraz skóra ze mnie elegancko obłaziła.
Gdzieś między palcami mignął mi maj - cudny maj z reguły, choć może nie w tym roku. Kalina przekwitła, ale jeszcze uwieczniłam kiście kwiatów - taka piękna była.


Podczytuję w wolnych chwilach inne blogi i wstyd mnie ogarnia, bo u innych tyle nowości powstaje, a u mnie nic ostatnio- praca, a po pracy w wolnych chwilach książki. Jak już wpadnę w amok, to nic mnie nie odciągnie od czytania. Dlatego nie piszę nic, bo jakoś wena twórcza mnie opuściła ostatnio skutecznie dosyć.
W tym roku zaniedbałam moje uprawy. W zasadzie poddałam się, bo wszystko co posiałam, zgniło. Nie ma przy czym chodzić, więc siedzę, na wspomnianym wyżej leżaczku i czytam. Jedynie skalniakowe zieloności zachwycają. Uwielbiam sukulenty, szczególnie jak zakwitają, bo wyciągają te swoje ukwiecone łebki do góry i oglądają świat wokół siebie. Są cudne, a przede wszystkim takie proste w uprawie. Zresztą, jakiej uprawie? - one same się uprawiają i to jest najlepsze!


Lawenda też cudnie zakwitła. Marzy mi się zrobienie mini lawendowego pola. Mam hopsia na punkcie lawendy i jej zapachu.


Napisałam tu dziś chyba tylko dla zasady, bo nic mądrego nie stworzyłam. Nawet zdjęcia są jakieś trzy tygodnie przeterminowane. Mniejsza z tym - byle do wakacji:) A one tuż, tuż...

czwartek, 10 czerwca 2010

jak pech, to pech...

Dziś bez zdjęć, optymistycznych wstawek, świergotów ptaków. Ptaki dziś dla mnie drą ryje, dzień jest do kitu, a na zdjęcia nie ma ochoty. I pozwolę sobie na cytat, choć niecenzuralny, ale dzięki niemu jakieś światełko w tunelu zauważam: "jeszcze tylko małe wpierdol w domu i wakacje". Byle szybciej, bo mnie nosi. Byle szybciej, bo eksploduję, bo pechowisko jakieś wylęgło mi pod nogi.
Najpierw, w zeszłym tygodniu, złamałam w odkurzaczu element, na który nakłada się worek - co za tym idzie, chwilowo nie mogę odkurzać. Wczoraj baba, babiszon, babsko jedno paskudne oszukało mnie na truskawkach. W sumie nie majątek, ale zamiast 4 zł, zapłaciłam 8 zł za kg... przez moją naiwność okrutną. Nie miałam klepaków, więc dałam kobiecinie 10 zł, a że ręce miałam zajęte, aby łapać jeszcze resztę, nadstawiłam portfel, aby do niego wrzuciła. Dopiero przy aucie coś mnie tknęło. No i elegancko - zamiast mieć 6 zł w klepaciarni, miałam tam 2 zł. Nienawidzę takiego jawnego oszustwa. A jeszcze bardziej nie lubię u siebie, na dzień dzisiejszy, pełen wściekłości, tej durnej naiwności.
Żeby wszystko było skompletowane, dziś rano elegancko porysowałam auto. Ale tak do bólu, że jedna listwa boczna odpadła i szlag ją trafił, druga dyndała sobie na samych kabelkach od bocznego migacza. Po prostu RE-WE-LA-CJA!!! Na dokładkę dosłownie przed chwilą zadzwonił M., bo się okazało właśnie, że chyba nie pojedziemy na wakacje...
Jakoś chwilowo nie wierzę w cudne słowa "jutro też jest dzień, jutro będzie lepiej"... Jakoś chwilowo jestem przepełniona wściekłością na wszystkich i na wszystko.