odwiedzinowo

czwartek, 22 kwietnia 2010

w biegu

Znów piszę w biegu, ale to już chyba taka moja chora przypadłość. To jest raczej niewyleczalne, dlatego muszę się pogodzić z tym, że ciągle biegam. Tłumaczy to więc moje zdawkowe posty, które ostatnio rzadko tu wklejam. No nic, może przyjdzie jeszcze czas na poprawę:)
U nas już się zazieleniło, zawiośniło. Dzisiejsza pogoda do wiosny raczej, co prawda, nie nawiązuje, ale to lepiej przemilczeć, bo z nieba co jakiś czas leci coś, co przypomina formą Ś... - nawet nie chcę tego słowa zapisać w pełnym brzmieniu, bo tej bieli mam już serdecznie dosyć! Tym bardziej, że w skromnym mym warzywniaku poczyniłam kilka dni temu zasiania - rozsiania i nie chciałabym, żeby mi to przemarzło. Bo jest tam, jeszcze w formie ziarnistej, sałata, szczaw, czerwona cebula, bób w dwóch kolorach, szpinak.


Szczaw z zeszłego roku znów obrodził i już do zupki powędrował. Podobnie szczypior elegancko wywindował w górę. Aż gębula się cieszy na ten widok!


Kociaki dziarsko biegają po ogrodzie. Pierwsze wróble już zostały upolowane, niestety:( Tego widoku wolałam nie uwieczniać, bo choć kocham te moje sierściuchy, to jednak żal mam do nich, że tak bezpardonowo poczyniają sobie z ptaszyną. Uwieczniłam jednak brudną Plamkę, która obwąchuje wiśnię - to taka gra pozorów, bo czeka tylko na moją rękę, abym dalej ją myziała za uszami.


Rozpoczęliśmy też oficjalnie sezon ogrodowy - tradycyjnie ogniskiem z pieczeniem kiełbasek. Fajnie się zrobiło, znów tak sielsko, choć trochę smutno, bo przecież już nie jesteśmy w tradycyjnym komplecie.


Ostatnie ciepłe dni poświęciłam w całości na zanurzanie się - dosłownie dłoni - w ziemi. Zaczęłam odświeżać trochę mój mini skalniak, który już teraz rozświetla się różnymi kolorami.


Brakuje mi czasu na dłubaninę domową. Ale to, co sobie zaplanowałam, może czekać na deszczowy czas - oby jednak nie nadchodził zbyt szybko, bo spragniona jestem ciepła! Trochę do zrobienia, uszycia mam tych rzeczy, kolejka z każdym dniem się wydłuża, a ja leniwie się przeciągam, patrzę w niebo i po powrocie do domu mówię: nie, nie, dziś najpierw drzemeczka, potem ogródeczek. A jak pogody brak, biorę się za pracę do pracy i tak zastaje mnie ciemna noc. A realizację planu dziesięcioletniego - bo już tak można omalże tę kolejkę nazwać - odkładam na inny czas. Teraz na pierwszym miejscu jest ogród. A skoro ogród, to alergia - okrutna alergia. Chodzę więc z czerwonym nosem i zapłakanymi oczami. Wiem, że teraz przyczyną tych męczarni moich są brzozy. Jednak nie ma mowy - nie pójdą pod piłę za żadne skarby świata! Dochodząc sedna mojego błędnego koła pt. sen, ogród, praca, sen, itp. - faszeruję się tabletkami, kropelkami do nosiska, do ocząt, wszystkim tym, co może mi pomóc w przetrwaniu nasileń alergicznych, a co działa na mnie - zyrtec odwieczny - absolutnie nasennie. Dam jednak radę. Brzozy są dla mnie cudne, dały nam sporo soku, muszą trwać w tym naszym ogrodzie.

Podczas świątecznego wyjazdu, zaliczyłam z M. super sklep z klamotami różnymi. Oboje już wiemy, że ilekroć tam przyjedziemy, sklep będziemy musieli odwiedzić. Zaopatrzyliśmy się w zdobycze dla nas okazałe: lustro i wieszak do przedpokoju, cukiernicę, mleczarkę, a także starą kankę, która czeka w tej dłuuuugiej kolejce na odmalowanie.


To tyle na dziś. Dziecię czas szykować do snu. A i odpocząć trzeba, bo dzień był ciężki. Pozdrawiam wszystkich moich czytaczy - podglądaczy!!!

sobota, 10 kwietnia 2010

[*]

Dziś chyba żadne słowa nie będą w stanie oddać tego, co się stało. O tak wielkiej tragedii nawet nikomu się nie śniło. Naród znów się jednoczy, jak wówczas, gdy odszedł Jan Paweł II. Ciekawe tylko na jak długo, choć te akurat dywagacje w tej chwili raczej nie są na miejscu. Tragedia jest tragedią, a pokazuje ona tak naprawdę naszą małość, naszą ulotność. Bez względu na to, kto, kim i jakim był, co wyznawał - każdy zasługuje na szacunek. Ten szacunek oddaję.
Mogę tylko domyślać się, co dzieje się w rodzinach tych, którzy dziś tak niespodziewanie odeszli.
Dzisiejsze wydarzenie grubą czarną krechą wpisze się w historię naszego kraju... a Polska już będzie inna.
Rozważania dotyczące sensu latania takim samolotem, także tego, dlaczego tak wielu ważnych ludzi poleciało w tym samym czasie tym samym samolotem pozostawiam politykom. Ja na to patrzę jak zwykły banalny człowiek - jak na stratę nie jednego, ale wielu ludzi w tym samym dniu. Jak na zdmuchnięcie wielu płomieni ludzkich istnień. To jest niewyobrażalne, a jednak - jak się okazuje - możliwe. Jakże aktualne teraz są słowa x J. Twardowskiego:

"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy"

czwartek, 1 kwietnia 2010

przedświątecznie

Przedświątecznie nie znaczy u mnie: pieczenie, gotowanie, strojenie domu itp. Te Święta zawsze spędzamy z rodziną ze strony M. Wyjazd, poza rodzinnym spędem, znaczy wówczas dla nas: spotkania z przyjaciółmi, znajomymi... wszystkimi tymi, którzy pozostali, gdy się wyprowadziliśmy. Tak naprawdę tutaj nie znam nikogo. Jasne, są ludzie z pracy, ale to przecież nie TO. Nasza przeprowadzka stała się swoistym sprawdzianem dla siły więzi z tymi, którzy byli nam bliscy. I co ciekawe - większość pozostała. "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie"... U nas nie bieda, ale odległość wszystko zweryfikowała. Odeszli Ci, którzy nawet wtedy, gdy byliśmy na miejscu, nie do końca byli autentyczni. Gdy tam jeździmy, schemat zawsze w aucie jest podobny - M. kieruje, ja z kalendarzem i telefonem w ręku, próbuję wszystko tak ustawić, aby nikogo nie pominąć i z każdym, choć na chwilkę móc się spotkać. Nikt nie nawala. Przyjaciele nadal są przyjaciółmi. Pomimo dzielących nas kilometrów.
Jutro już wyjeżdżamy. Cieszę się na te wszystkie spotkania.
Na początku jedziemy do znajomych naszych, których grzechem by było nie odwiedzić. Rozmowy przez pół nocy, najczęściej przy piwie - a co! - a rano wstać trzeba, bo dzieci nie szanują tego, że rodzice dłuuugo gadulcowali. Zrobiłam więc, na pamiątkę mojego nie tak dawnego nicnierobienia, wianek świąteczny - w zasadzie jego ramę, do dowolnego przyozdabiania. Te zielone "gmatwańce" z założenia miały być jajkami. Ale w trakcie pracy, zaczęły tracić swoją formę. Nie wiem, co teraz przypominają, ale kogo to w sumie obchodzi?! Jest jak jest i tak ma być;) Dorobiłam szydełkowe kwiatuszki, żeby było bardziej wiosennie i jest dobrze (na zdjęciu jak zwykle wręcz odwrotnie; dlaczego mnie to nie dziwi?!)


Upiekłam też chleb, bo to też takie dziecię mojego bezrobocia.
No i właśnie, to nicnierobienie przyniosło mi, wbrew pozorom, trochę pozytywnych aspektów. Nauczyłam się prosto szyć na maszynie, nauczyłam się coś tam robić na szydełku, trochę pomalowałam, chleb się nauczyłam piec... Jedno, czego naprawdę nie zdążyłam zrobić, to wyspać się. Ból to okrutny, bo typem sowy jestem. Niestety, młodzieniec, jak na razie, z sową niewiele ma wspólnego, a co za tym idzie - kto na tym cierpi? JA!!! Bo nawet nicnierobienie okraszone było nieustannym ziewaniem.

Czas zmykać, bo ja tu cały czas o jutrze piszę, a jutro już nadeszło
Wesołych Świąt w takim razie wszystkim czytaczom i podglądaczom życzę. Nieustannej miłości, szczęścia, pokoju w sercach, rodziny i przyjaciół, na których zawsze i wszędzie można liczyć. Życzę jeszcze tego wszystkiego, co niewypowiedziane przeze mnie, a pomyślane przez każdego z osobna.