odwiedzinowo

poniedziałek, 29 marca 2010

zapracowani nie piszą?

Tak by się mogło wydawać. A przynajmniej ja na razie tak odbieram siebie samą, niestety. Wpadłam od razu w głupie błędne koło, zasypałam się papierami - na własne życzenie - a teraz muszę gonić z tym wszystkim. Dlatego nie mam czasu na pisanie. Przynajmniej chwilowo. Ale zapewniam, nie zarzucę tej pisaniny - skrobaniny, choć moim zamierzeniem było dokumentowanie bezrobocia mego. No cóż, nie trwało ono długo, toteż głupio by było już zamykać ten etap blogowania.
Prawdą jest, że nic ostatnio nie zrobiłam - czas luzu trochę mi się skończył. Nawet tę moją nieszczęsną zazdroskę zarzuciłam. No i mam moralniaka z tego powodu. Dlatego postanawiam - obiecuję z paluchami dwoma na sercu - postaram się znaleźć czas, postaram się robić fotki ogrodu, który się zmienia, bo wiosna przecież za oknem, choć pada ostatnio (roślinki się cieszą!). No i niesamowite jest, że już nie ma tych białości zaokiennych. Że pąki na drzewach lada dzień zaczną pękać. Że ptaki tak się drą, aż w uszach świdruje. A bezczelne żaby nie mają wstydu i splecione w miłosnym uścisku skaczą po trawie, pływają po stawie. Ech, tak bardzo cieszy mnie to, co się dzieje teraz z przyrodą, że nawet senny deszcz nie jest w stanie odebrać mi dobrego humoru. Zaczęliśmy też pierwsze działania ogrodowe. Ściągamy z M. oskołę, brzozy są cierpliwe:)
A co do świąt. Cóż, tutaj nie będę się rozpisywać o moim szaleństwie twórczym, dotyczącym robienia ozdób itp. Szykujemy się do świątecznego wyjazdu, dlatego u nas w domu świąteczne wystroje są raczej pobieżne, bez przepychu.
No, to tyle tego krótkiego wynurzania, celem usprawiedliwienia się, choć wiem, że blado mi to wyszło. Ale co tam, zawsze coś;)

poniedziałek, 15 marca 2010

kredens na życzenie;) i ich3


Nas znów zasypało. Ileż można??? Pięknie ogród wygląda, cudnie, tak bajecznie. Ale mnie ta bajka już mierzi!
Ciągle pokazuję ten sam skrawek ogrodu, ale zdjęcie robię zawsze z okna, bo nie chce mi się zapuszczać dalej. Poza tym, to moje ulubione miejsce - zawsze tam przesiadujemy, imprezujemy, leniuchujemy...


Na życzenie - wklejam ostatni raz zdjęcie kredensu. Z szybkami, z uchwytami. W całej okazałości. Nawet jest bonus - jeden uchwyt jest rozbity;) Mam nadzieję, że teraz już wszystko jest jasne, unaocznione, itp., itd, etc. :)


Kilka dni temu namalowałam "ich3". M. już buczał, że antyrama wisi, ale jakoś nic dalej się nie tworzy. No i zmotywował mnie tym marudzeniem. Tylko czterech kolorów użyłam, żeby całość była jak najbardziej przejrzysta. Efekt zamierzony osiągnęłam. Najfajniej widać to w świetle dziennym, no i oczywiście na żywca. Ale co tam, chwalipięctwo musi być, prawda?!

Nie spełniła się też odmiana mojego życia w formie odwróconych ról i "zabawie" w panią gosposię. Dziś zaczynam moją "normalną" pracę, która wczoraj spadła mi z nieba. No i tak wracam sobie do świata żywych, hehe! Co prawda planu, który założyłam sobie na czas bezrobocia nie wykonałam w pełni, ale co tam, z doskoku też działać coś można. Uparcie robię teraz zazdroskę. Zawzięłam się i zrobię ją, choć do Świąt pewnie nie dam rady. Ale co tam, jak nie Wielkanoc, to Boże Narodzenie. Na któreś święta pewnie się wyrobię.

Byliśmy wczoraj pierwszy raz w kinie z Młodym. Spisał się na medal, choć to dziecię ma chyba z tysiąc mrówek w tyłku, które wiecznie go gdzieś tam podszczypują, bo w miejscu usiedzieć nie potrafi. W kinie jednak dał radę. Byliśmy na "Księżniczce i żabie" - mnie najbardziej podobała się muzyka, która była w naszych ulubionych klimatach. Dziecięciu nie spodobała się postać czarnego charakteru i podkówka na twarzy się pojawiła w momencie śmierci jednej z głównych postaci. No cóż - brutalna rzeczywistość wkrada się nawet do świata dziecięcego. Ubolewam nad tym bardzo, ale z drugiej strony, nie można przecież wciąż mydlić dziecku oczu i udawać, że wszystko jest śliczne, kolorowe, nie ma złych ludzi, wszyscy się kochają i są dla siebie dobrzy. Bajki w taki subtelny sposób przekazują dzieciom prawdę o życiu z najważniejszą pointą - że dobro zwycięża zawsze - i niech tak pozostanie.

czwartek, 11 marca 2010

książki i sprzątanie

Przeczytałam jakiś czas temu "Historię Edgara", ale nie miałam okazji, żeby tutaj o niej wspomnieć. Wspomnieć jednak muszę, bo primo: pochwaliłam się, że ją dostałam, secundo: refleksja jakaś musi być, no!
W trakcie czytania tej powieści, zastanawiałam się dosyć intensywnie, czy aby dobrze zrobiłam, czytając jej recenzje, zamieszczone na końcu. Recenzje te ukierunkowały mnie na sposób myślenia thrillerowy, a więc z naprawdę wartką akcją, jakimiś nieprzewidywalnościami, zaskoczeniami, komplikacjami, niebezpieczeństwami itp. Tutaj przede wszystkim zabrakło akcji, która tak bardzo usadowiłaby mnie w fotelu, że noc całą spędziłabym na czytaniu, aby skończyć to, co zaczęłam. Zabrakło agresywnej zagadki, niespodziewanych zwrotów akcji. W końcu pomyślałam sobie, że może ja źle pojmuję ten gatunek, może nie wiem, czym jest thriller, jakie są jego charakterystyczne cechy. Niemożliwe, ale jednak, na przekór własnemu rozumowi, który mówił mi, że mam rację, sięgnęłam po słownik (najbanalniejszy, wyrazów obcych Kopalińskiego) i co tam znalazłam? - że thriller to "film, rzadziej sztuka teatralna, w których sensacyjna i pełna napięcia akcja nasycona jest elementami tajemniczości, grozy i niesamowitości; dreszczowiec". Jednak się nie myliłam - rozumie mój, zwracam honor!
Zamiast akcji i grozy znalazłam w tej powieści piękny, liryczny język, bardzo wyraziście, dogłębnie zarysowanych bohaterów, szerokie opisy, fabułę jasną, przejrzystą, z elementami metafizyki. To nie thriller, ale piękna powieść, której nie można "łyknąć" w jeden wieczór. Nie można, bo trzeba się nią trochę podelektować, w końcu liryczny wydźwięk do czegoś zobowiązuje. Zastanawiam się zatem, dlaczego reklamowana jest jako thriller? Może stała obok jakieś na półce w księgarni? No i skąd pani Oprah Winfrey, której recenzja też się z tyłu znalazła, napisała m. in. "Akcja prowadzona jest dynamicznie, każda kolejna strona wciąga bardziej, przywołując na myśl dramaty Szekspira i greckie tragedie"? Dynamiki tu nie znalazłam, a szekspirowskiego trendu to już na pewno tu nie odczytałam. Więc albo ja czytałam inną książkę, albo pani Oprah nie czytała "Historii..." lub - pokuszę się tu, co mi tam - nie wie o czym pisał Szekspir;) Zgadzam się tylko z jednym jej zdaniem: "Wielopłaszczyznowość tej powieści, psychologiczna głębia i liryczny nastrój uczyniły z niej powieść roku". Do tego stwierdzenia nie mogę się przyczepić w żaden sposób, bo to akurat jest odzwierciedleniem mojej opinii. Prawdziwym zaskoczeniem dla mnie w powieści było jej zakończenie. Faktycznie, nie tego się spodziewałam i zdziwiłam się - pozytywnie, owszem. Dlatego wnioskuję, że recenzenci pisząc to, co napisali, przeczytali początek, środek, a przede wszystkim koniec i stąd wyszedł im thriller. Takie recenzje mogłabym w takim razie i ja pisać. Warto by wspomnieć też słów kilka o bohaterach, o wątkach wprowadzonych i ich słuszności bądź nie dla całości. Warto, ale ja przecież recenzji nie piszę;)

Teraz zaczęłam czytać "Dom nad rozlewiskiem", bo wstyd trochę, że nie przeczytałam, a to przecież prosta i przyjemna lektura. Czytam trochę też pod publiczkę, bo gdy zaczęli puszczać serial, czytałam sporo opinii tych, którzy już lekturę książkową mieli przeczytaną. Opinie były niepochlebne dla filmu, a czołobitne dla powieści. Aby to zweryfikować, należy przeczytać. Co więc niniejszym czynię - późno, bo przecież czasu brak na tym moim oficjalnym nicnierobieniu.

Tak właśnie a'propos nicnierobienia. Dziś rozmawiałam z cioteczką, której znajoma poszukuje kogoś do pomocy w domu. No i tak jakoś przypomniała mi się powieść "Gosposia prawie do wszystkiego" (też lekka i prosta, a co!). Oczywiście - żeby nie było! - moje i bohaterki jedyne podobieństwo to to, że nie mamy pracy, a w kieszeni mamy dyplom. Na tym podobieństwa się kończą. Ale nawiązać jednak chciałam, bo tak zaczęłam się zastanawiać... Kto powiedział, że jak się ma studia, to już u kogoś sprzątać, gotować, prasować, czy nie wiem, co tam jeszcze, nie można robić?! Wiem, wiem, dziewczyna w powieści miała potencjał, miała umiejętności, a przede wszystkim była wyssana z palca. Ja nie mam tych, co ona umiejętności i z palca wyssana raczej nie jestem. Poza tym, nie umrę z głodu bez pracy. Ale moja dusza umrze, jeśli do ludzi nie wyjdę. A kto wie, może to w najbliższym czasie jedyny ludź, do którego mogłabym wyjść? Może gdybym tak do wakacji pobawiła się w gosposię, nie byłoby źle? Przecież cały czas mówię, że jestem otwarta na nowe możliwości, że chciałabym poznać coś innego... Poza tym, taka praca pozwalałaby mi dalej być na oficjalnym nicnierobieniu i odejściu w każdym momencie, bo to chwilówka przecież, rozerwanie się. Hm, tylko bo ja wiem, czy chciałabym to robić i rozrywać się w taki akurat sposób...
Raz już byłam taką panią gosposią, na studiach, w wakacje sobie pracowałam. Zajmowałam się Puniem (durnym - piszę to z pełną świadomością! - synkiem Pani, który nawet nie wiedział, jak ma naprawdę na imię, chociaż miał jakieś 2,3 lata), prasowałam, myłam okna, sprzątałam, jeździłam z Panią na zakupy, spotykałam się z ludźmi ze środowiska artystycznego (tzn. w drzwiach ich witałam, bo te drzwi otwierałam), tylko nie gotowałam. I szlag mnie trafił wtedy, gdy Pani poprosiła mnie o wymycie rowerów: jej, męża i koleżanki. Myłam te durne rowery i myślałam sobie: no, młoda, nisko upadłaś, skoro myjesz już komuś rowery, szanuj się kobieto, szanuj się! I poszanowałam się - następnego dnia wzięłam kasę i elegancko się pożegnałam. Pani jeszcze długo do mnie wydzwaniała, że może się rozmyśliłam, że może wrócę, że przecież za granicę wkrótce wyjeżdżają, a ja z nimi miałam jechać (mąż z Austrii był i ani w ząb polskiego nie łapał), że to, że siamto i owamto. Ale ja nie wróciłam, bo wyjechałam, no i się poszanowałam;)
Gdybym powiedziała cioteczce, że z chęcią popracuję u tej jej koleżanki, szanowałabym się, czy też upadłabym niżej niż przy myciu tych rowerów?

poniedziałek, 8 marca 2010

kobietkowo

Co mi tam, mogę chyba tego świątecznego dnia - przez jednych akceptowanego, przez innych znienawidzonego (ciekawe, że to głównie mężczyźni nie lubią tego święta)- złożyć życzenia wszystkim zaglądającym tu kukaczkom.
Kobietki drogie, życzę Wam nieustannej pogody ducha, zapału, optymizmu, śmiałości, kobiecości dającej siłę i czego tam sobie jeszcze pragniecie. Kwiatka - nie zdążył zakwitnąć:( - ode mnie przyjmijcie!


U nas znów zima. W tym roku chyba trochę rozszerzę moją uprawę melisy, bo nerwowo nie wytrzymuję. Z jednej strony zabija mnie ta biel wyłażąca ze wszystkich stron, z drugiej strony młodzieniec usilnie sprawdza naszą wytrzymałość cierpliwości (sięga już dna, zdecydowanie). Światła, słońca, ciepła mi trzeba, coby nerwy zszargane wreszcie ukoić trochę.

Po definitywnym skończeniu kredensu - uchwyty, szybki już są, przemalowaniu szafki, z rozpędu pędzlem potraktowałam jeszcze stół. Na tym zakończyłam temat kuchennego malowania mebli, chociaż, co tu dużo mówić, teraz krzesła proszą się o odświeżenie. Ale nie mam już weny.
Poprosiłam za to M. mojego, coby mi sklecił ramkę byle jaką - o tę bylejakość chodziło - która miała zawisnąć sobie nad szafeczką odświeżoną. No i dokonał dzieła, ja pobieliłam - chyba jednak popędzluję ją jeszcze tak, jak kredens i resztę - i dzięki temu miałam gdzie umieścić łyżki, które dostałam od K.


W związku z tym, że z obsługą maszyny do szycia jestem już od biedy trochę zapoznana, postanowiłam zawrzeć przymierze z szydełkiem. Zamarzyła mi się delikatna szydełkowa zazdroska do kuchennego okna. Ale to wyższa sztuka, jak się okazuje. Sama umiejętność robienia łańcuszka do tego nie wystarcza, hehe! Dlatego, przy pomocy internetowego kursu obrazkowego, uczę się różnych ściegów (nie wiem, jak to nazwać). Może cierpliwości na tą naukę mi starczy. Na razie dziergam kwiatki, pod czujnym okiem sąsiadki, która też lekcji mi udziela. No i tak sobie myślę, że nie wiem, czy na tych kwiatkach marnych czasem się nie skończy, bo ta dłubanina jest jak na razie mało twórcza w moim wykonaniu. Proszę bardzo, oto moje dotychczasowe dzieło:(


Zanim dojdę do robienia zazdroski (w sumie cztery mi potrzebne!!!), podejrzewam że wcześniej nadejdzie wiosna, a wraz z nią niechęć do siedzenia w domu. Nasiona już przecież są kupione, wszystko czeka na słońce, na ruch ogrodowy. Wówczas porzucę moje bycie kurą domową i zamienię się w ogrodniczkę.
Na razie jednak siedzę w domu, marząc monotematycznie o cieple, nawet o wakacjach - domek przecież wynająć trzeba. A tak trzeźwo patrząc na to wszystko, zastanawiam się, co ja psioczę tak na tę zimę. Przecież śnieg ma jeszcze prawo leżeć. Przecież jest malowniczo bardzo - dziś rano, gdy spojrzałam z okna na nasze ogrodowe czeluście, naprawdę przytkało mnie trochę z zachwytu. Przecież nie ma już mrozów trzaskających. Przecież... ALE NIE MA WIOSNY!
Podejrzewam jednak, że dziś w wielu domach wiosna zagości - tam, gdzie panowie nie bojkotują świątecznego dnia - i zapachnie i rozświetli się od kwiatków jakichś otrzymanych. Oby tych kwiatków było jak najwięcej, bo od nich od razu robi się jakoś tak lepiej na serduchu. Ja już kwiatek w imieniu dziecięcia mego zakupiłam rano. Gdy wróci z przedszkola, ładnie się ubierze i pójdzie do Babci z życzeniami.

wtorek, 2 marca 2010

chwila prywaty

Dziś są Twoje urodziny.
Życzenia złożylibyśmy we trójkę. Maluch dałby Ci słodkość jakąś i mega wielkiego buziaka. Życzylibyśmy Ci tego, co najlepsze... szczęścia, pięknych dni, miłości nieustającej, zdrowia (!) i spełnienia jednego, największego, najbardziej wartościowego marzenia... Świętowalibyśmy tradycyjnie wieczorem, z nianią i nasłuchem na młodego przy boku. Przy drinku jakimś. Gadając o pierdołach totalnych. Też o rzeczach ważnych.
Najbardziej lubiliśmy dawać Ci prezent. Nikt nie potrafił się cieszyć tym, co otrzymał, jak Ty. Celebrowałeś moment jego otwarcia, jak coś najważniejszego na świecie. Obmacywałeś pakunek ze wszystkich stron, potrząsałeś, wąchałeś, nasłuchiwałeś. I mógł się w środku znajdować naprawdę drobiazg, Ty i tak byłeś szczęśliwy. Cieszyłeś się jak dziecko - to dziecko w Tobie było najpiękniejsze.
A dziś, cóż, nie było już tej Twojej radości. W prezencie otrzymałeś od nas zapalone znicze - mój Boże, jak to brzmi! - i modlitwy. Najlepiej i tak zachował się młodzieniec. Powiedział, że on dziś nie będzie się modlił, tylko pomilczy przy Dziadziusiu - i stanął wyprostowany prawdziwie milcząc, co w jego przypadku jest ogromnym wyczynem.
Gdy my szamotaliśmy się z zapalaniem zniczy, smyk jeden znalazł gdzieś kapturek z jakiegoś bezdomnego znicza. Stwierdził, że nakarmi Dziadziusia. No i nakładał do tego kapturka ziemię, którą zsypywał obok grobu i robił ucztę dla Dziadziunia. Bo urodziny trzeba jakoś uczcić, a Dziadziuś się teraz pewnie cieszy. Tak, mycho kochana, na pewno się cieszył.

Chodzi za mną znów piosenka Edyty Geppert "A gdy uznamy że to już...". Towarzyszyła mi ona od tych chwil, kiedy zrozumieliśmy, że Twój czas ziemskiego życia się kończy. Dziś ponownie mnie nawiedziła. Dziś są Twoje urodziny...

poniedziałek, 1 marca 2010

no i finito!

Tak, tak, finito, wreszcie koniec z kredensem!
Wyczyszczony, pomalowany, polakierowany... padam na twarz. No i dlatego, że twarz mi leci na podłogę, nie ma dziś szans na długiego posta. Zresztą, nie tylko twarz na podłogę mi leci, ale także dłonie, które gdzieś w nadgarstkach odpadają i kręgosłup, który zaraz odwieszę chyba na fotel, żeby odpoczął sobie. Dziś w zasadzie tylko o kredensie, na większe wynurzenia nie mam ochoty.
We czwartek zaczęłam malowanie pt. biała farba - to mnie załamało, bo dół kredensu zaczął mi przypominać szafkę łazienkową, niestety. W piątek, gdy już kolejny kolor wkroczył, sprawa nabrała innego obrotu.


Kuchnia przeżyła lekki lifting. Dalej pozostajemy w kręgu prowizorki, ale tym razem prowizorki udoskonalonej. Tak, to prawda, najgorzej jest się zapętlić w dopracowywaną tymczasówkę, bo wówczas trudniej jest wejść na grunt stały. Ale co tam, teraz zrobiliśmy krok milowy - krok w stronę stałości, a nie tymczasówki, choć nadal w jej kręgu pozostajemy.
W sobotę na kuchenne włości wkroczył dół kredensu. W niedzielę - tak, tak, trochę przegięliśmy, ale musieliśmy całość uzupełnić - wnieśliśmy górę. No i tak fajnie się od razu zrobiło. Co prawda kredens nie ma jeszcze uchwytów i szybek, ale już oko cieszy. Nie potrafię jednak za pomocą zdjęcia oddać faktycznej kolorystyki, trudno, na słowo trzeba mi uwierzyć, że jest ok. Skro ja sama jestem zadowolona, M. także, no i młodzieńcowi się podoba, to znaczy, że nie jest źle:)

Jednak jeszcze jedna rzecz mnie drażniła, dlatego dziś postanowiłam przemalować szafkę, która tymczasowo zajmuje miejsce kuchenne. Przemalowałam, no i proszę! Mamy komplet, nic nie razi. Nawet koszyk na ziemniaki i różne ziemne sprawy jedzeniowe pobieliłam z rozmachu, coby i on dopełnił całości.


Dzisiejszy dzień minął mi pod hasłem - malowanie szafki i porządkowanie bałaganu. Dlatego właśnie padam na twarz. Jutro jedziemy po szybki i uchwyty i ogłaszam w związku z tym definitywny KONIEC tematu "kredens".

Teraz muszę się wziąć za wychowanie dziecięcia naszego, które pyskate się zrobiło do granic możliwości. Dziś mi powiedział: "nie będę z tobą dyskutował". Rzucił jak nic moim cytatem, ale mój Boże, to dziecię ma 4 lata zaledwie i trochę szacunku matce się należy:) Że już nie wspomnę, jak kilka dni temu przywitał mnie w przedszkolu słowami: "jesteś moją Babą Jagą!". Potem dodał co prawda "kochaną Babą Jagą", ale to faktu nie zmienia, no! .. Urody powalającej może nie mam, faceci na kolana przede mną nie klękają, ale żeby zaraz, brutalnie między oczy??? I to publicznie???
Czy ja zawsze w tej instytucji muszę świecić oczętami?! Już wszyscy mnie tam znają - a to, że jestem pipeńką, a teraz nawet na dodatek Baba Jagą. Masakra! Chyba wpadliśmy w jakąś pułapkę wychowawczą. Ale popracujemy nad tym, popracujemy. Na razie młodzieniec ma wymyślony system w postaci planszy motywacyjnej. Gra jest naprawdę zacięta i wysoka - bo młody o komputer się stara. Dlatego, żeby nie było za łatwo, całość przebiega dwuetapowo. Pierwszy etap to zdobywanie każdego dnia plusów i minusów w różnych kategoriach, np. pomaganie, jedzenie, pyskowanie itp. Przyklejamy mu za każdą zasługę lub przewinienie magnesik w odpowiednią rubrykę. Wieczorem, już przed samym spaniem, maluch zlicza magnesiki z poszczególnych rubryk. Jeśli więcej jest "plusów", losuje sobie naklejkę z wydrukowaną częścią komputerową. A części tych jest sporo, bo "flaki" komputera także są wzięte pod uwagę - wnętrzności omawia M., bo ja się nie znam;) Gdy zbierze wszystkie naklejki, dostanie od nas komputer - oczywiście limitowany czas pracy i dydaktyczne programy:)
Gdy "minusów" jest więcej, niestety, żadnej naklejki, a moment otrzymania komputera się odsunie. Dziś właśnie zdecydowanie przeważyły "minusy". A ja chyba jeszcze bardziej posiwiałam. Jak tak dalej pójdzie, nie wyrobię na farbę do włosów:)