odwiedzinowo

czwartek, 11 lutego 2010

tłustoczwartkowe rozmyślania

Dziś o linię się nie dba. Właśnie nasmażyłam górę chrustów i róż karnawałowych. Posypałam wszystko cukrem lawendowym i... szaleństwo zmysłów. Nawet nie przeszkadza mi aż tak bardzo znów sypiący śnieg. Na razie mu odpuszczam, bo - za przeproszeniem - wielkie żarcie przede mną. Tym bardziej, że sąsiadka za pączki się wzięła. Hm, chyba moja mięta w ruch pójdzie. Ale co tam, ani mięta pielęgnowana, zbierana i suszona przeze mnie zmarnować się nie może, ani te tłustoczwartkowe wypieki na marne pójść nie mogą. A że łasuch ze mnie nieprzeciętny, już japa mi się cieszy.
Oczywiście, jak to zwykle bywa, szkody przy robieniu tłustych słodkości być też musiały. Kieliszek potrzebny do wykrawania krążków rozbiłam, bo jakoś miejsce na stole mi zajmował i zbyt brutalnie przesunęłam go na bok. Mówi się trudno. Wykrawając trzy różnej wielkości krążki na róże karnawałowe, wytrwale je liczyłam, aby mi się wszystko zgadzało przy klejeniu ich. No i zgadzało się tak, że z każdego rozmiaru po kilka brakowało... Cóż, nie na darmo nie zostałam matematyczką:)


Dziś młodzieniec w przedszkolu bal karnawałowy miał z koniecznym przebraniem. Spakowałam mu więc strój strażaka Sama uszyty przez szanowną sąsiadkę z dołu. Potrzebny ekwipunek każdemu strażakowi w postaci: hełmu, latarki, krótkofalówki, gwizdka, łomu, gaśnicy został dorzucony przez młodego. No i w ten sposób niczym wielbłądy wkroczyliśmy do przedszkola. Słońce moje powędrowało do sali, a ja, zbierając się już do wyjścia, natknęłam się na jakiegoś tatusia, który szykował swojego syna na bal. Na szczęście, pociecha ta ojcowska do starszaków już należy i wcześniej bal przebierańców rozpoczynała. Dlatego mój brzdąc nie został uraczony widokiem, którym uraczona zostałam ja. Dziecię to zostało ubrane w strój żołnierza, zaopatrzone w karabin i dwa mniejsze pistolety, włożone za pasek. Wyprawione do sali zostało przez ojca słowami: teraz możesz już iść na wojnę mój żołnierzu!
Zatrzęsło mną. Ale może niepotrzebnie, może bez powodu takie coś mnie razi. Chociaż, nie wiem, my mamy inne przekonania. Nasz maluch nie ma zabawek militarnych. Ustaliliśmy ogólny zakaz obdarowywania go czymkolwiek, co militaria te może przypominać. Nie zgadzamy się na jakiekolwiek zabawy związane ze strzelaniem. I nie ma mowy, abyśmy pozwolili mu przebrać się za żołnierza, aby bawił się pistoletami, aby bawił się w wojnę, zabijanie. Staramy się jak możemy odsunąć go od tego typu zabaw, takich doświadczeń. Jest jeszcze dzieckiem i niech jak najdłużej cieszy się tym dzieciństwem, beztroską. Najpierw niech odkrywa piękno świata. Na jego brzydotę i okrucieństwo jeszcze przyjdzie czas. Po co tak świeżą psychikę obarczać takimi akurat doświadczeniami? Nie znaczy to, że wychowujemy go w zakłamaniu i wpajamy mu z uporem przeświadczenie, że wszystko jest cudne, ładne i łatwe. Wie dobrze, że są ludzie, którzy cierpią. Wie o Haiti, o tym, że ludzie pod gruzami leżeli, że tam dzieci nie mają co jeść. Wie, że są kraje, w których trzeba szanować wszystko to, co jemu przychodzi z taką łatwością - woda, chleb. Nie okłamywaliśmy go w związku ze śmiercią dziadka - już gdy chorował bardzo, maluch wiedział, że któregoś dnia dziadziuś umrze, aby już nie cierpieć, że pójdzie do nieba, itd., itp.
Ale to wszystko akurat po to, aby zrozumiał już teraz, że trzeba szanować to, co zostało nam dane. I rozumie to, na swój sposób, ale rozumie. Gdy je kolację i zaczyna marudzić, sam sobie tłumaczy: "mamuniu, muszę zjeść ładnie, bo tam, gdzie Haiti takiego chlebka nie mają". Gdy w świąteczny czas w kościele jest wystawiona szopka, zanosi tam swoje ulubione zabawki - w zeszłym roku był ukochany resorak, w tym ulubione dinozaury - bo "mały Jezusek nie ma żadnych zabawek, bo urodził się taki biedniutki". Zostawia je bez żalu, bo staramy się nauczyć go dzielenia się bez chęci zysku.
Dlatego właśnie pewne rzeczy bardzo mnie rażą, gdy widzę go w grupie innych dzieci. Z jednej strony przedszkole jest wspaniałym miejscem dla niego. Tak wiele się tam uczy, jest z rówieśnikami, uczy się bycia w grupie. A z drugiej - niestety - tak dużo złych rzeczy przynosi z tego miejsca. Pyskuje na potęgę. Swojego czasu świetnie operował słowem k..., nawet kończąc wieczorną modlitwę razu jednego, zamiast amen powiedział k... I ręce w takich momentach mi się załamują, włosy wypadają. Tak samo jest z wspomnianymi wcześniej militariami. Wiem, naiwni byśmy byli, gdybyśmy cały czas wierzyli, że nasze dziecko nigdy nie będzie przeżywało fascynacji wojskiem, że nie będzie próbowało się bawić pistoletem. Przecież już w ubiegłym roku, gdy chodził do żłobka, przyniósł świetną zabawę - brał kredkę, podchodził do nas i wołał: "pif, pif, zabiję cię!". I co? - nie zamknę go przecież w ciemnej piwnicy, aby tak się nie bawił. Zabawa w zabijanie została przez nas przekształcona w strzelanie wodą z sikawki strażackiej, celem zagaszenia pożaru. No i tak jakoś udaje nam się na razie te wybryki łagodzić, prostować i ratować młodego przed brutalnością świata. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie się fascynował zabawami w zabijanie.
Dla nas pokazywanie dziecku "fajnych" aspektów zabawy w zabijanie kłóci się z miłością do dziecka. Bo skoro kocham, to musi to być związane z dobrem, ciepłem, pięknem. A gdzie to wszystko w podsycaniu chęci zabijania. Od zabaw się zaczyna - całe zło, problemy z psychiką, z umiejętnością wartościowania. Nie rozumiem, jak można, będąc rodzicem, świadomie dać dziecku do zabawy pistolet, przebrać dziecię za żołnierza i kazać mu iść się bawić w wojnę. To brzmi jak przyzwolenie na zabawę w zło. Jeśli na tym etapie będziemy dzieci wprowadzać w brutalność świata, to w ten sposób przygotujemy sobie świetną przyszłość i dla siebie i dla nich. Dla mnie to wątpliwa przyszłość. W związku z tym - zero pistoletów, zabaw w zabijanie, wojny itp. w naszym domu.

Tak jeszcze, pozostając na koniec przy dziecku, jedno mi się przypomniało. Nie tak dawno, w zabawie, powiedziałam do malucha naszego: "chodź tu ty moja pupeńko mała kochana". Tak jakoś mi się powiedziało, bo drobniutki smyk jest i mam ochotę czasami go schrupać bez żadnej posypki:) No i czułe te słowa obróciły się przeciwko mnie. Krótko po tym, po przebraniu go w przedszkolu /w towarzystwie innych mamuś i tatusiów/ usłyszałam wykrzyczane na pożegnanie słowa mojego synusia: " no to pa, moja ty najukochańsza pipeńko!". Zamarłam. Dziatwa zgromadzona w szatni nie zrozumiała, ale starszyzna zaczęła się ze śmiechu dusić. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że wszyscy już o tym zapomnieli:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz