odwiedzinowo

piątek, 26 lutego 2010

bułeczki męskimi dłońmi robione

Moi dwaj mężczyźni opanowali kuchnię. Robią bułeczki drożdżowe z marmoladą i nawet roladę makową - rolada to debiut;) W związku z powyższym zdecydowałam się na ewakuację. Wolę grzecznie poczekać sobie na efekty, które już wkrótce, bo piecyk się rozgrzewa.
Uwielbiam, gdy panowie moi pichcą coś w kuchni, bo czuję się wtedy naprawdę jak ozdoba salonu /a co, posłodzę sobie!/, która nie musi nic robić, tylko czekać na gotowe. A specjalizują się w robieniu drożdżowego ciasta, takichże bułeczek, a także pizzy. Z tego też powodu lubię niedziele. To dzień, w którym rządy obiadowe przejmuje mąż. Pachnie wtedy cudnie rosołkiem, do którego ja talentu nie mam, a co więcej - jeszcze nie tak dawno nienawidziłam tego smaku . To taka tłusta woda. W zasadzie zdania nie zmieniłam - jest to nadal tłusta woda, którą podjeść za bardzo nie mogę. Ale smaki mi się zmieniły i teraz mogę umiem powiedzieć, że jest to tłusta woda, która jest całkiem , całkiem niczego sobie. Pachnie też mięskiem, sosikiem i czym tam sobie połowica ma wymyśli. I jak rzadko, właśnie w niedziele jestem tak potwornie głodna, że co chwilę pytam, kiedy obiad.

Przedwczoraj otrzymałam przesyłkę z prezentem od Agnieszki, która wylosowała mnie w wymiance zorganizowanej z okazji Dnia Kobiet, na którą to zapisałam się jakiś czas temu. Do końca nie wiedziałam, kto mnie wylosował. Dlatego wymianka ta tym bardziej była intrygująca. Oprócz kartek z Legnicy i czekolady do kawy otrzymałam śliczny obrazek, który w niespodziankowy sposób wpasowuje mi się do kuchni. Jest na nim tak sielsko, że aż chce się tam być. Na zdjęciu nie wyszedł tak ładnie, bo trochę ciemnawo, przez konieczność robienia fotki bez lampy. No, ale na drugim jest już lepiej. Jak dla mnie - przeuroczy prezencik! Dziękuję bardzo, Agnieszko!!!


Wczoraj, drogą eksperymentu przed malowaniem kredensu, pomalowałam starą półeczkę na przyprawy i różne wiszące dziadostwa.



Znów zdjęcie nie oddaje kolorystyki. To biała baza i cafe latte narzucone metodą suchego pędzla; całość polakierowana. Wyszło całkiem dobrze /to bardzo subiektywna opinia/, dlatego ostatecznie w ten sposób maluję kredens. Od wczoraj trwa malowanie dołu. Dziś jeszcze tylko lakierowanie na wieczór zostało i połowa za mną:) Co prawda wczoraj, przed nałożeniem cafe latte, przeżyłam lekkie załamanie nerwowe, bo ta biel na kredensie jakoś mnie zniesmaczyła. Dziś jestem bardziej zadowolona. Pomału zaczyna się coś wykluwać i naprawdę widać już światełko w tunelu, układające się w cudny napis: KONIEC! Dlatego właśnie ograniczam się do zdawkowego posta, bo wkrótce czas młodego kłaść spać, a później znów idę się zapuścić w piwniczne czeluście. Monotematyczna jestem, wiem, wiem, ale co zaczęłam lubię skończyć. A to kredensowanie się trwa już zdecydowanie za długo.
Tymczasem pozdrawiam wszystkich kukających i tych, zostawiających komentarze!:)


poniedziałek, 22 lutego 2010

nie ma lenistwa

Dziś krótko, zwięźle i na temat. Coby nikt nie mówił, że się obijam. A nie obijam się, oj nie. Tylko czasu trochę mało... Hehe, pomyślałby kto - baba siedzi w domu i na brak czasu narzeka. A jednak. Trochę się gościnnie byczyliśmy. Dziś znów "gość w dom...". Ponadto wypiekiem chleba trudnię się już prawie zawodowo. Właśnie dwa robię, aby jeden, staropolskim obyczajem, gościowi podarować;)

Wczoraj szalałam w kuchni, bo dziś młodzieniec ma urodziny, które świętowaliśmy kameralnie wczoraj. A skoro urodziny, to i tort być musiał. Więc robiłam. Wściekałam się tradycyjnie na galaretkę, która ostatecznie, pierwszy raz w życiu mi się ścięła tak, jak powinna. To naprawdę sukces! Ale największym sukcesem był przeszczęśliwy, prawdziwie zaskoczony uśmiech na twarzy malucha, gdy zobaczył tort z zapalonymi świeczuszkami, wniesiony przy zgaszonych światłach. Cóż, dla takich momentów naprawdę warto trochę się potrudzić.

Przeprosiłam się z maszyną moją. Poszyłam kilka ściereczek kuchennych, które zapomniałam sfotografować, a że czas mnie teraz trochę goni, już nie będę biegać z aparatem. Ponadto popełniłam wianek na drzwi kuchenne - mój pierwszy, mało dokładny, ale co tam - mój ci on!

W sobotę posiedziałam trochę nad gadżetami do pokoju młodego. Pomysł ściągnięty od Gaby, przyznaję, która kiedyś pokazała mi fajne pszczoły zrobione z tekturek po papierze toaletowym i bibuły. Takich pszczółek zrobiłam trochę, ale rozdałam i została tylko jedna. Za to w sobotę postanowiłam porobić różne wiszące dziwolągi bez użycia bibuły, za to przy pomocy materiałów i guzików. Oto, co wyszło (kolejne będą się tworzyć w dniach najbliższych).
Tu zgrupowanie zbiorowe, jeszcze nie rozwieszone przysufitowo:


No i pojedynczo dziwolągi (jednego solo nie ujęłam, ale co tam!):



A tu wcześniejszy okaz "anielski":


Jeszcze pszczoła. A może osa. Mniejsza z tym:

Ponadto nie zapominam o moim kredensie ukochanym:) Co prawda robota ostatnio trochę spowolniła, bo i okoliczności różne sobie zaszły. Jednak M. swój plan już wykonał, dół sklecony w jedną całość, drzwiczki przymocowane. Ja szpachlą polepiłam to, co lepienia wymagało. Tera to już tylko ostatnie przetarcia papierem ściernym czekają i malowanie, malowanie...!!! Japa na samą myśl już mi się cieszy, bo teraz do końca jest na pewno bliżej niż dalej.


No i w zasadzie czas kończyć na dziś, bo weny twórczej zdecydowanie nie mam. A na dodatek jeszcze kilka rzeczy zrobić muszę, zanim po mychę moją kochaną do przedszkola pojadę. Jednak obietnicę spełniłam i dziś posta napisałam.
Poza tym, cóż - słońce za oknem, śnieg się topi, nastrój jakoś się poprawia. Wiosna się zbliża i niech nikt nie mówi, że to tylko chwilowe polepszenie pogody, bo... wrrr!!! Skoro naszemu bałwanowi łeb odpadł, wczoraj brzuch też spotkał się z ziemią, to musi to być w końcu jakiś znak, prawda?

czwartek, 11 lutego 2010

tłustoczwartkowe rozmyślania

Dziś o linię się nie dba. Właśnie nasmażyłam górę chrustów i róż karnawałowych. Posypałam wszystko cukrem lawendowym i... szaleństwo zmysłów. Nawet nie przeszkadza mi aż tak bardzo znów sypiący śnieg. Na razie mu odpuszczam, bo - za przeproszeniem - wielkie żarcie przede mną. Tym bardziej, że sąsiadka za pączki się wzięła. Hm, chyba moja mięta w ruch pójdzie. Ale co tam, ani mięta pielęgnowana, zbierana i suszona przeze mnie zmarnować się nie może, ani te tłustoczwartkowe wypieki na marne pójść nie mogą. A że łasuch ze mnie nieprzeciętny, już japa mi się cieszy.
Oczywiście, jak to zwykle bywa, szkody przy robieniu tłustych słodkości być też musiały. Kieliszek potrzebny do wykrawania krążków rozbiłam, bo jakoś miejsce na stole mi zajmował i zbyt brutalnie przesunęłam go na bok. Mówi się trudno. Wykrawając trzy różnej wielkości krążki na róże karnawałowe, wytrwale je liczyłam, aby mi się wszystko zgadzało przy klejeniu ich. No i zgadzało się tak, że z każdego rozmiaru po kilka brakowało... Cóż, nie na darmo nie zostałam matematyczką:)


Dziś młodzieniec w przedszkolu bal karnawałowy miał z koniecznym przebraniem. Spakowałam mu więc strój strażaka Sama uszyty przez szanowną sąsiadkę z dołu. Potrzebny ekwipunek każdemu strażakowi w postaci: hełmu, latarki, krótkofalówki, gwizdka, łomu, gaśnicy został dorzucony przez młodego. No i w ten sposób niczym wielbłądy wkroczyliśmy do przedszkola. Słońce moje powędrowało do sali, a ja, zbierając się już do wyjścia, natknęłam się na jakiegoś tatusia, który szykował swojego syna na bal. Na szczęście, pociecha ta ojcowska do starszaków już należy i wcześniej bal przebierańców rozpoczynała. Dlatego mój brzdąc nie został uraczony widokiem, którym uraczona zostałam ja. Dziecię to zostało ubrane w strój żołnierza, zaopatrzone w karabin i dwa mniejsze pistolety, włożone za pasek. Wyprawione do sali zostało przez ojca słowami: teraz możesz już iść na wojnę mój żołnierzu!
Zatrzęsło mną. Ale może niepotrzebnie, może bez powodu takie coś mnie razi. Chociaż, nie wiem, my mamy inne przekonania. Nasz maluch nie ma zabawek militarnych. Ustaliliśmy ogólny zakaz obdarowywania go czymkolwiek, co militaria te może przypominać. Nie zgadzamy się na jakiekolwiek zabawy związane ze strzelaniem. I nie ma mowy, abyśmy pozwolili mu przebrać się za żołnierza, aby bawił się pistoletami, aby bawił się w wojnę, zabijanie. Staramy się jak możemy odsunąć go od tego typu zabaw, takich doświadczeń. Jest jeszcze dzieckiem i niech jak najdłużej cieszy się tym dzieciństwem, beztroską. Najpierw niech odkrywa piękno świata. Na jego brzydotę i okrucieństwo jeszcze przyjdzie czas. Po co tak świeżą psychikę obarczać takimi akurat doświadczeniami? Nie znaczy to, że wychowujemy go w zakłamaniu i wpajamy mu z uporem przeświadczenie, że wszystko jest cudne, ładne i łatwe. Wie dobrze, że są ludzie, którzy cierpią. Wie o Haiti, o tym, że ludzie pod gruzami leżeli, że tam dzieci nie mają co jeść. Wie, że są kraje, w których trzeba szanować wszystko to, co jemu przychodzi z taką łatwością - woda, chleb. Nie okłamywaliśmy go w związku ze śmiercią dziadka - już gdy chorował bardzo, maluch wiedział, że któregoś dnia dziadziuś umrze, aby już nie cierpieć, że pójdzie do nieba, itd., itp.
Ale to wszystko akurat po to, aby zrozumiał już teraz, że trzeba szanować to, co zostało nam dane. I rozumie to, na swój sposób, ale rozumie. Gdy je kolację i zaczyna marudzić, sam sobie tłumaczy: "mamuniu, muszę zjeść ładnie, bo tam, gdzie Haiti takiego chlebka nie mają". Gdy w świąteczny czas w kościele jest wystawiona szopka, zanosi tam swoje ulubione zabawki - w zeszłym roku był ukochany resorak, w tym ulubione dinozaury - bo "mały Jezusek nie ma żadnych zabawek, bo urodził się taki biedniutki". Zostawia je bez żalu, bo staramy się nauczyć go dzielenia się bez chęci zysku.
Dlatego właśnie pewne rzeczy bardzo mnie rażą, gdy widzę go w grupie innych dzieci. Z jednej strony przedszkole jest wspaniałym miejscem dla niego. Tak wiele się tam uczy, jest z rówieśnikami, uczy się bycia w grupie. A z drugiej - niestety - tak dużo złych rzeczy przynosi z tego miejsca. Pyskuje na potęgę. Swojego czasu świetnie operował słowem k..., nawet kończąc wieczorną modlitwę razu jednego, zamiast amen powiedział k... I ręce w takich momentach mi się załamują, włosy wypadają. Tak samo jest z wspomnianymi wcześniej militariami. Wiem, naiwni byśmy byli, gdybyśmy cały czas wierzyli, że nasze dziecko nigdy nie będzie przeżywało fascynacji wojskiem, że nie będzie próbowało się bawić pistoletem. Przecież już w ubiegłym roku, gdy chodził do żłobka, przyniósł świetną zabawę - brał kredkę, podchodził do nas i wołał: "pif, pif, zabiję cię!". I co? - nie zamknę go przecież w ciemnej piwnicy, aby tak się nie bawił. Zabawa w zabijanie została przez nas przekształcona w strzelanie wodą z sikawki strażackiej, celem zagaszenia pożaru. No i tak jakoś udaje nam się na razie te wybryki łagodzić, prostować i ratować młodego przed brutalnością świata. Mam nadzieję, że nigdy nie będzie się fascynował zabawami w zabijanie.
Dla nas pokazywanie dziecku "fajnych" aspektów zabawy w zabijanie kłóci się z miłością do dziecka. Bo skoro kocham, to musi to być związane z dobrem, ciepłem, pięknem. A gdzie to wszystko w podsycaniu chęci zabijania. Od zabaw się zaczyna - całe zło, problemy z psychiką, z umiejętnością wartościowania. Nie rozumiem, jak można, będąc rodzicem, świadomie dać dziecku do zabawy pistolet, przebrać dziecię za żołnierza i kazać mu iść się bawić w wojnę. To brzmi jak przyzwolenie na zabawę w zło. Jeśli na tym etapie będziemy dzieci wprowadzać w brutalność świata, to w ten sposób przygotujemy sobie świetną przyszłość i dla siebie i dla nich. Dla mnie to wątpliwa przyszłość. W związku z tym - zero pistoletów, zabaw w zabijanie, wojny itp. w naszym domu.

Tak jeszcze, pozostając na koniec przy dziecku, jedno mi się przypomniało. Nie tak dawno, w zabawie, powiedziałam do malucha naszego: "chodź tu ty moja pupeńko mała kochana". Tak jakoś mi się powiedziało, bo drobniutki smyk jest i mam ochotę czasami go schrupać bez żadnej posypki:) No i czułe te słowa obróciły się przeciwko mnie. Krótko po tym, po przebraniu go w przedszkolu /w towarzystwie innych mamuś i tatusiów/ usłyszałam wykrzyczane na pożegnanie słowa mojego synusia: " no to pa, moja ty najukochańsza pipeńko!". Zamarłam. Dziatwa zgromadzona w szatni nie zrozumiała, ale starszyzna zaczęła się ze śmiechu dusić. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że wszyscy już o tym zapomnieli:)

wtorek, 9 lutego 2010

dziewięć i oskoła

W niedzielę mieliśmy miłą niespodziankę. Kolega nasz przybył do nas, obdarzając nas biletami na wieczorny seans "Dziewięć". Jako że nianię do malucha automatycznie zyskaliśmy, bez oporów wybraliśmy się do kina. O niespodziance tej wszyscy wiedzieli, tylko nie ja. Ale dzięki temu zaskoczenie było duże i tym bardziej miłe. Dziękuję.
Wbrew różnym opiniom, nam film się podobał. Tym bardziej, że gatunek bardzo nam odpowiada. A muzyka i taniec - wow! - obojgu nam najbardziej przypadł do gustu fragment z czerwonymi kieckami, piaskiem i tamburynami:) kto widział, ten wie, o czym piszę. Tyle seksu, namiętności - aż chciało się być nie przed ekranem, ale fizycznie w środku tego tańca.
Ale nie o tym chciałam pisać, tylko o tytule. Nie rozumiem polskich zawiłości, kiedy w reklamie filmu podawane są dwie wersje tytułu: polska i angielska. Dla mnie to porażka jakaś. Albo decydujemy się na tłumaczenie, albo na oryginał. Bo co? - oryginał dla kumatych, a tłumaczenie dla tych bez obeznania? Według mnie głupie to i wprowadzające w niepotrzebny stan chaosu. A tytuł ma być jeden. Tym bardziej, że jakichś specjalnych problemów tłumaczeniowych nie nastręcza. Więc po co to komplikowanie życia - takie polskie komplikowanie życia. Tylko skoro już w Polsce jesteśmy, przetłumaczmy tytuł i niech on jeden funkcjonuje, a nie w wersji podwójnej.

Człowiek nieustannie się uczy. A czasami jest tak, że jak się czegoś nowego nauczy, to pluje sobie w brodę, że wcześniej o tym nie wiedział. Tak też jest w naszym przypadku z oskołą. Mimo iż brzóz u nas pod dostatkiem, w ogrodzie właśnie pod brzózkami najbardziej siedzieć lubimy, nigdy nie ściągaliśmy z nich soku. Bo niby się wiedziało o soku z brzozy, ale żeby ściągać - nie, to nam przez myśl nie przyszło. Dopiero niedawno przeczytaliśmy, że to banalnie proste w sumie jest. A dobrodziejstw niesie tyle, że szok podwójny - "Country" na coś się przydaje:) Zaczęliśmy więc czytać. No i M. dokopał się do wieści - super wieści, tylko dla nas za późno. A wieść ta niesie, że oskoła zwalcza też komórki rakowe i zapobiega przerzutom. Jasne, pewnie nie w 100%, pewnie to nie pewnik. Ale coś w tym jest na pewno. Pewnie, pewnie:) Tylko pić sok trzeba, nie wystarczy siedzieć pod brzozami... A Tato tak lubił pod nimi przesiadywać. Ale samo chronienie się w ich cieniu nic nie dało i nie da. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli, gdybyśmy wcześniej o tym przeczytali. Gdybyśmy... Czasami wydaje mnie się, że w ogóle za mało zrobiliśmy. A z drugiej strony, co można było zrobić jeszcze? Tak na chłopski rozum trzeba sobie tłumaczyć: tak miało być. Wiem, tyle tylko, że są takie dni, kiedy tego typu tłumaczenie nie wystarcza. Czasu potrzeba, wciąż potrzeba czasu na wszystko - na zrozumienie, na pogodzenie, na złagodzenie.
W tym roku już oskoła będzie w naszych butelkach. Skoro mamy taki dar w ogrodzie i o nim wiemy, trzeba go wykorzystać.

Chaotycznie dziś mi się pisze. Jakoś ładu i składu w myślach znaleźć nie mogę. Zamiast wziąć się do roboty, siedzę i czytam. W sumie, jakaś strawa dla ducha też się należy.
Nuży mnie jednak ta pogoda. Już myślałam, że śnieg zacznie spływać z ulic, a tu dziś od rana - proszę, znów sypie - raz mocniej, raz słabiej, ale SYPIE! Mam dosyć. Wchodzę w jakieś depresyjne nastroje - plączę się więc z myślami, nie potrafię sobie znaleźć miejsca. Szukam wiosny i jej nie widzę. Od mojej depresji sezonowej nie jestem w stanie uciec. Gdybym była bogata, na pewno spróbowałabym to zrobić. Hmmm, w okresie zimowym wyjeżdżałabym tam, gdzie upały, a później znów bym tu wracała - coby doświadczać polskiej wiosny i lata. Tak, gdybym była bogata i pracować bym nie musiała... Ba, teraz też nie pracuję, ale jest jedno ALE: nie jestem bogata. Pozostało mi więc obserwowanie zimowych krajobrazów. Ładnych - już o tym gdzieś tutaj wspominałam - i to by było na tyle. Poza urodą zimowej aury mój umysł żadnych plusów nie dostrzega i nie ma zamiaru dostrzec. No.

czwartek, 4 lutego 2010

koniec szycia!

Połowa dnia za mną, a ja nawet nie wiem, kiedy ten czas mi minął. Jeszcze gdybym nie wiem co zrobiła. A tu, praktycznie nic.
Odśnieżyłam wreszcie i skułam z lodu (!) balkon i rynny. Namachałam się przy tym tak, jakbym co najmniej dziesięć wiader węgla do pieca wrzuciła. Nie wiem, jak czułabym się, gdybym tyle wiader węgla do pieca wrzuciła, ale podejrzewam, że tak cianko, jak teraz po tym odśnieżaniu - najwięcej pięć wrzuciłam, ale to i tak dużo jak na mnie:)
Po zawiezieniu młodzieńca do przedszkola i drobnych zakupach wróciłam do domu i czując, że chata wolna, najpierw oddałam się błogiemu lenistwu przy filiżance kawy z mlekiem i z bułeczką (własnego wypieku, a jakże!) w ręce oraz książką przed nosem. Długo to lenistwo nie trwało, bo wena twórcza - szyciowa - mnie wezwała. Jako, że uszyłam do kuchni zasłonkę na zlew i do kompletu dwa pojemniki na ręczniki i ścierki, postanowiłam komplet wzbogacić o wiszący przybornik i coś na okno. Zasłonka i pojemniki wyglądają tak:

Zdjęcie zasłonki wyszło mi jak nie z tej parafii, ale to ta sama parafia, zdecydowanie:)
Niestety, przybornika i naokiennych ozdób nie pokażę, bo dziś wena była, ale na tym się skończyło. Martwe rzeczy znów mnie nie lubią. Maszyna cudna zrobiła focha i zaczęła tak pętlić, że nie zostało mi nic innego, jak tylko solidnie odświeżyć sobie łacinę. To jej się nie spodobało i odpłaciła mi. Wredna pociągnęła mi w policzek ze złamanej igły. Obraziłyśmy się więc na siebie i na razie koniec szycia. Sąsiadka z dołu wróci po niedzieli, to może pokaże mi, dlaczego ten brak sympatii w stosunku do mnie ze strony maszyny, bo telefoniczne edukowanie mnie, niestety, na nic się zdało. A tymczasem odpoczywamy od siebie i tyle! - maszyna i ja, oczywiście.
Jednak pochwalę się jeszcze, jakie uszyłam też poduszki i worek na chleb - zanim się na siebie pogniewałyśmy.

Wczoraj poszłam z młodzieńcem do ogrodu pobrykać w rozkosznym (wrrr!) śniegu. Rano szalał śnieg, jakaś zamieć i inne dziadostwo. No i mimo iż byłam już przyszykowana do odwiezienia smyka do przedszkola, zrezygnowałam z jazdy. Leń mnie opanował - a że tak zimno, a że tak sypie, a że później znów odśnieżać będę musiała... Kaca moralnego miałam z tego powodu, ale nic to - jak lenistwo to lenistwo.
Zostaliśmy w domu, dlatego później brodziliśmy - dosłownie - w śnieżnych zaspach. Ten ogrodowo - śnieżny wypad uwieczniliśmy lepiąc bałwana, bo szkoda było nie wykorzystać śniegu, który akurat fantastycznie się lepił. Ustaliliśmy, że będzie on symbolem naszego oczekiwania na wiosnę - gdy zacznie się topić, będzie to sygnał, że wiosna jest już blisko. Bałwan bidny nam trochę wyszedł, bo deczko nieprzygotowani go lepiliśmy, a nie chciało nam się wracać do domu po coś na głowę, po węgielki na guziki i oczy. Nawet marchewkę doprawił później M., bo i tej ze sobą nie mieliśmy - sprawa oczywista przecież.

Dziś, jak na zawołanie, z dachu kapie, sople piękne się porobiły i rozpuszczają się w słoneczku. Może i bałwan już też się zmniejsza??? To byłby cud jakiś! Ale jaki upragniony:)

Ostatnimi dniami był u nas kolega, który przywiózł mi cudności w postaci starych łyżek. Jakoś je wykorzystam, to na pewno. Na razie leżą sobie schowane, ale jak mi braknie czystych sztućców, komuś się sięgną;) Myślę, że liczba gości w takich okolicznościach drastycznie by spadła...