odwiedzinowo

piątek, 29 stycznia 2010

dalej zima

Dziś młodzieniec wreszcie powędrował do przedszkola. W domu zapanowała błoga cisza. Dziwna oczywiście ta cisza - już nie wyobrażam sobie życia bez tej gadułuy ale zawsze jest to cisza. Gdy jest w domu, buzia mu się nie zamyka. Wszystko wyłapuje, wszystko przetwarza w swoich zabawach, miesza świat rzeczywisty z wymyślonym, fantazję ma ułańską, przez co rzeczy, które opowiada są tak realne, że ktoś, kto go nie zna, jest w stanie we wszystko uwierzyć. Musimy uważać na to, co przy nim mówimy. Jednak, mój Boże, musielibyśmy wszystkie rozmowy prowadzić głęboką nocą, przy szczelnie zamkniętych drzwiach, aby mieć pewność, że ta mała bestia wszystkosłysząca (ale tylko wtedy, kiedy sam oczywiście tego chce!) nie będzie znowu na nasłuchu. No nic, wesołe mamy życie z tym brzdącem:)

Dzięki temu, że malucha nie ma, a M. dziś w domu bez rozjazdów jest, ubłagałam go wreszcie, aby poszedł do piwnicy i pozbijał mi na nowo dół kredensu, który wcześniej porozbijał, celem wymienienia kilku desek... Stoję z robotą, bo bez dołu to bez sensu ta robota. No szanowny mąż walczy w piwnicy - ale jak się właśnie okazuje, nie z młotkiem i kredensem, tylko z piecem, bo nałożyć trzeba i szykuje się do odśnieżenia naszego auta, które do naprawy się wybiera. W ten sposób chyba zakończyły się moje marzenia o zbiciu dziś dołu kredensu. Będzie tylko namiastka tego, co sobie uroiłam, ale urojone myśli kobiece niekoniecznie muszą być zrealizowane. Dobre i częściowe wykonanie planu:)
Właśnie kończy mi się pieczenie chleba. Robię dziś na zakwasie pszenny. Ciasto miało wyrastać kilka godzin - a ja po niespełna dwóch godzinach mam chleb już w piekarniku. Zgodnie z zaleceniem, dodałam do tego, młodego jeszcze, zakwasu odrobinę drożdży (ale to naprawdę odrobinę), jednak nie wierzę, żeby to przez tą znikomą ilość drożdży ciasto aż tak i w tak ekspresowym tempie mi wyrosło. Może to, o co tak się obawiałam - zakwas - nie jest złe:) Zobaczy się.

Zaprenumerowałam sobie Country. Miałam nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu dostanę numer, a tu okazuje się, że dopiero od 3 wystartuję. Bida z tym, bo w styczniowym numerze jest o domu Green Canou. Pewnie piękne zdjęcia, pewnie piękny tekst. No cóż, obejdę się smakiem i tyle. W pobliskich kioskach nie ma oczywiście tego typu magazynów... Nie będę tego komentować, ale jakby to powiedział nasz kolega: bo u was na tej wsi to nic nie ma. A ja ciągle mu mówię, że ja na peryferiach miasta mieszkam, a nie na wsi. A że tu kury koło ulicy chodzą,u sąsiada za płotem to samo, krowy gdzieś za miedzą i konie także, że blisko las...:) No to niech będzie, prawie wieś, no!

Wzięłam w ręce aparat, coby obfocić trochę to, co wczoraj i przedwczoraj uszyłam, a tu, po czterech pstryknięciach wszystko padło - wymień baterie. No to się nazdjęciowałam. Nawet nad jakością nie miałam szans popracować. Dlatego wrzucam to, co mi zdążyło wyjść, w takim stanie, w jakim się pstryknęło.
Najpierw pomocnicy kuchenni: rękawica, łapaczki i ozdobne serduszka - mniej pomocne, bardziej dekoracyjne:)


Także aniołeczek który zawisł na oknie młodzieńca mojego. Pierwszy aniołek, dlatego trochę koślawy, ale jest i tyle:)



Resztę zdjątek wrzucę pewnie jutro. Jakoś tak dziwnie to zdjęcie anielskie mi się wrzuciło - bokiem - nie rozumiem tego, ale w końcu baba jestem, hehe! Metodą prób i błędów to wszystko opanuję, zakładając, że wcześniej nie zarzucę pisania tego bloga.

Za oknem nadal biało, biało, biało... Nerwy mi siadają jak o tym myślę. Wolę umierać z gorąca, niż odmrażać się na mrozie. Jestem zdecydowanie ciepłolubna, nawet gorącolubna i to, co teraz jest za oknami nastraja mnie tak negatywnie, że staję się kłębkiem nerwów.

3 komentarze:

  1. very good blog, congratulations
    regard from Reus Catalonia
    thank you

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zarzucaj ZIELONOŚCI...
    Już się uzależniłam...:)

    OdpowiedzUsuń
  3. A kto się tak uzależnił?:) Pocieszające tylko jest, że tutaj odwyk nie jest konieczny, bo ten nałóg raczej szkodliwy nie jest! Pozdrawiam gorąco!!!

    OdpowiedzUsuń