odwiedzinowo

piątek, 22 stycznia 2010

chorobowo i chwalipięcko

No i super! Dwa dni tramwajowania, dwa dni dłuższego wystawienia dziecka na mróz i jaki efekt? Gile po pas, marudzenie, 39 gorączki... normalnie sielanka. Dobrze, że dziś nie posłałam go do przedszkola, bo ta gorączka objawiła się dopiero teraz, po drzemeczce. No nic, damy radę:) Leki podane, bajka włączona, jakoś to będzie.
Dziś, gdy młodzieniec ucinał drzemkę, zaopatrzona w nianię, zeszłam do mojej nowej miłości - kredensu. No i znów skrobałam, skrobałam, skrobałam (nie naskrobałam się dużo, bo mycha nieco wcześniej się wybudziła). Teraz to już sama wykończeniówka z tym skrobaniem została. Ale to jest chyba najgorsze. Kąciki, zakamarki, do których ciężko dojść. Jednak dzielna jestem! Nie mogę się już doczekać malowania. Na to jednak jeszcze trochę muszę poczekać. Cierpliwości pokłady muszę w sobie odkopać:)

O chorobie już było, teraz będzie chwalipięcko, a co mi tam! Kilka zdjątek z popełnionymi przeze mnie decoupage'owymi rzeczami. Rzeczy tych jest dużo więcej, ale cztery wrzucone i tak rzutują negatywnie na mą - w tej chwili wątpliwą - skromność:)
Wszyscy zainteresowani dobrze wiedzą, że nasza kuchnia to jedna wielka prowizorka. W związku z tym, ciągle ją udoskonalam, coby zakryć brak kafli, jakieś dziury itp. Dlatego na ścianach wymalowałam drzewa, liście, ptaki. Szafki przemalowałam i zrobiłam decoupage. Jedna z nich wygląda tak:

no i małe zbliżenie rogów szafki:

Popełniłam też - jako jedną z pierwszych tego typu prac - deskę ogrodową na potrawy grillowe /w tle/ i młynek. Młynek ten, bardzo stary, podarowali nam znajomi. Lubię stare rzeczy, uwielbiam młynki, stąd ten prezent. Młynek jest trzeci w mej skromnej kolekcji, ale jako pierwszy przeszedł gruntowne odnowienie. Do tego mój M. zakupił solniczkę i pieprzniczkę, które się elegancko skompletowały z młynkiem:

Kiedyś tam zrobiłam też słoik na kawę. Oklejony, podobnie jak deska, przepisami na różne kawy /deska nie ma przepisów na kawy - oczywiście - tylko na grillowe potrawy;)/:

No i ostatnia rzecz, którą się pochwalę, cobym sama miała dowód działań mych, w razie ewentualnych zniszczeń. To drewniane pudełko na herbaty:

Jeszcze trochę tego jest - bardziej lub mniej przydatne bzdety. Ale tu wrzuciłam te przedmioty, które są robione z myślą o kuchni, która się tworzy. Szafki co prawda na pewno nie zostaną, tylko wylądują w piwnicy. Cała reszta, jako pierdołeczki - ozdóbeczki, pozostanie.

Po co ja to wszystko piszę, po co te zdjęcia, po co ten blog?
Dla mnie. Dla czystości mojego umysłu. I chyba też, żeby samej sobie udowodnić, że czas nicnierobienia może być zajęty, zapracowany i urobiony po pachy. To, co tu dziś wrzuciłam, robiłam wtedy, gdy pracowałam. A teraz, kiedy praca zawodowa mnie nie pochłania, udowadniam sama sobie, że jest wiele rzeczy, które mogę zrobić i naprawdę może braknąć mi czasu. Teraz pochłonął mnie kredens. Kładę się spać z bolącymi dłońmi od zdzierania farby, nosem pełnym pyłu. Ale oczy mi błyszczą, bo każdego dnia wykonuję kolejny etap planu i to mnie cieszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz