odwiedzinowo

sobota, 30 stycznia 2010

marzenia


Chyba każdy z nas ma marzenia. Mogą być duże, małe, bardziej lub mniej realne - różne, ale są. Jednak najważniejsza jest wiara - w to, że mogą się spełnić.
Kiedyś tam, dziewczę jedno - piętnastolatka - napisało mi, że nie ma marzeń, niczego nie oczekuje, niczego nie potrzebuje. Smutne to - niczego nie potrzebowała, bo najzwyczajniej w świecie miała wszystko, zanim tylko zdążyła o to poprosić rodziców. Ubogi jest świat tego dziewczęcia opływającego w bogactwo.
Mnie - stety, bądź niestety - nie stać na wszystko. I może dobrze, bo przynajmniej marzyć sobie mogę swobodnie. A jak to powiedział nasz dobry kolega - lepiej, żebym z mężem mym nie wypowiadała głośno swych marzeń, bo szybko się one spełniają. Może i coś w tym jest - ale fakt, marzymy mocno:)
I tak, zamarzył nam się np. dom - i stało się. Nie musieliśmy długo czekać, aby go kupić. Żadna rewelacja, nic szczególnego - ale własny, a to cieszy bardzo. Nie jest taki, jaki pragnęliśmy, bo i priorytety były inne - musiał koniecznie być dwurodzinny, toteż ograniczenia były znaczne, tym bardziej, że i lokalizacja była konkretna. Ale, co tam - gdyby ten dom był taki, jaki byśmy chcieli, to nie byłoby kolejnego marzenia.
A marzy nam się... no cóż, mały drewniany domek, koniecznie z werandą i koniecznie tam, gdzie warmińsko-mazurskie krajobrazy, bo tam przecież nasze ukochane jezioro:) A weranda musi być skierowana w stronę jeziora, abyśmy mogli rano, jedząc śniadanko i pijąc kawkę mogli patrzeć na tę przestrzeń natury, którą kochamy. Aby ptaki nad głowami "darły ryje", a spokój jeziora wyciszał tak bardzo, jak tylko jest to możliwe. No i jeszcze, żeby zachód słońca można było oglądać... I żeby przyjaciele mogli do nas z przyjemnością przyjeżdżać. I chciałabym, żeby to marzenie nam się spełniło. A spełni się, wiem, bo chcemy tego bardzo. Pewnie nie nastąpi to w najbliższej dziesięciolatce, ale co tam - nawet na emeryturze byłabym gotowa tam się przenieść:)
No właśnie, na emeryturze - hm, aby przejść na emeryturę trzeba pracować. A ja bezrobociem na razie się param i to powoduje moją frustrację. Pewnie dlatego zabijam czas wszystkim, czym tylko się da - szycie, kredensowanie, malowanie, pieczenie itp. Gdy nastanie wiosna, odetchnę pełną piersią - zanurzę dłonie w ziemi (tego to kiedyś nie zamierzałam w ogóle robić) i zabraknie mi czasu na bycie w domu, bo ogród mnie pochłonie. Pewnie nawet nie będę aż tak myślała o braku pracy.
Zastanawiałam się nad zmianą profesji swej boskiej:( Ale cóż się okazało, gdy nad CV usiadłam. Jestem niesłychanie uboga w umiejętności, w doświadczenie, w cokolwiek, czego oczekują pracodawcy. Cały czas w jednym tylko zawodzie. Wniosek jest jeden - jak raz się w to bagno moje weszło, to w bagnie tym chyba trzeba na zawsze pozostać. Bagno to plusy ma, oczywiście, ale ile minusów? - hoho! Chociaż, gdyby tak obiektywnie spojrzeć, każda praca ma swoje plusy i minusy, dlatego nie mam co narzekać, z ludźmi styczność jest przecież i mówię (mówiłam) im o tym, co naprawdę lubię. Pasją jakąś mogłam zarazić, czego dowody dostaję często od tych, których już pożegnałam i na łono dorosłości wypuściłam. Ale marzyło mi się, zawsze - i znów o marzeniach - aby móc pisać. Kiedyś myślałam o napisaniu książki, ale do tego moja wyobraźnia jest chyba zbyt ograniczona. A później myślałam i do dziś to do mnie wraca, aby pisać coś gdzieś do prasy jakiejś. Jednak zbyt banalna chyba jestem, aby mieć tę siłę przebicia, która jest potrzebna do zrealizowania tego właśnie marzenia. Dlatego pozostaje mi blog - he! Nie muszę tu dbać o styl, o gramatykę, o interpunkcję o składnię. Bo to nie jest blog literacki. To blog w zasadzie nie wiem jakiej kategorii, ale na pewno pozwalam tu sobie na strumień świadomości, który niekoniecznie musi współgrać z językiem literackim. Tak więc na tym kończy się marzenie o pisaniu:)
Marzyło mi się, że w przyszłym roku - no, już w tym, ciągle zapominam - zrobimy znów tradycyjną rodzinną ogniskowo - grillową imprezę otwierającą oficjalnie sezon letni. Marzyło mi się, że znów będziemy siedzieć w naszym ulubionym miejscu pod brzozami z sąsiadami z dołu i będziemy gadać o pierdołach. Marzyło mi się, ale może za słabo marzyłam. A może to było jedno z tych marzeń - nierealnych już. Tato odszedł i jak tu teraz zrobić ognicho, jak tu teraz byczyć się pod brzozami, kiedy już sąsiedzi z dołu w niepełnym składzie? Nie potrafię wyobrazić sobie tego roku, który wyznacza dla nas inne już przecież życie. Życie bez jednego - ważnego dla nas - życia.

Dostałam wczoraj i dziś dwa maile od nieznanych mi osób. Są to jednak bardzo miłe maile:) Jeden z nich jest od pani, piszącej dla Country, która prowadzi swojego bloga. Polecam go, bo warto tam zajrzeć: www.podlipami.blogspot.com
Ludzie to mają niesamowite pasje! Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, skąd u niektórych tyle zapału i twórczych chęci:)

Miałam dziś wrzucić zdjęcia ostatnich moich maszynowych tworów, ale jakoś refleksyjnie mi się zrobiło i szczerze mówiąc - nie miałam ochoty na zdjęciowanie dziadostwa.

Poszłam dziś z M. i maluchem do ogrodu. Oni tarzali się w śniegu, a ja zdjęcia pstrykałam. Muszę szczerze przyznać, że zima ta - zaśnieżona i mrozem okraszona - piękna jest ogrodowo. Fakt ten pozostaje faktem, pomimo mojej całej niechęci do tejże pory roku. Po kolana brodziliśmy w śniegu, bo tyle go u nas zalega. Ale zabawa była niezła, całkiem niezła.
Poniżej kilka migawek ogrodowego zimowania.

piątek, 29 stycznia 2010

dalej zima

Dziś młodzieniec wreszcie powędrował do przedszkola. W domu zapanowała błoga cisza. Dziwna oczywiście ta cisza - już nie wyobrażam sobie życia bez tej gadułuy ale zawsze jest to cisza. Gdy jest w domu, buzia mu się nie zamyka. Wszystko wyłapuje, wszystko przetwarza w swoich zabawach, miesza świat rzeczywisty z wymyślonym, fantazję ma ułańską, przez co rzeczy, które opowiada są tak realne, że ktoś, kto go nie zna, jest w stanie we wszystko uwierzyć. Musimy uważać na to, co przy nim mówimy. Jednak, mój Boże, musielibyśmy wszystkie rozmowy prowadzić głęboką nocą, przy szczelnie zamkniętych drzwiach, aby mieć pewność, że ta mała bestia wszystkosłysząca (ale tylko wtedy, kiedy sam oczywiście tego chce!) nie będzie znowu na nasłuchu. No nic, wesołe mamy życie z tym brzdącem:)

Dzięki temu, że malucha nie ma, a M. dziś w domu bez rozjazdów jest, ubłagałam go wreszcie, aby poszedł do piwnicy i pozbijał mi na nowo dół kredensu, który wcześniej porozbijał, celem wymienienia kilku desek... Stoję z robotą, bo bez dołu to bez sensu ta robota. No szanowny mąż walczy w piwnicy - ale jak się właśnie okazuje, nie z młotkiem i kredensem, tylko z piecem, bo nałożyć trzeba i szykuje się do odśnieżenia naszego auta, które do naprawy się wybiera. W ten sposób chyba zakończyły się moje marzenia o zbiciu dziś dołu kredensu. Będzie tylko namiastka tego, co sobie uroiłam, ale urojone myśli kobiece niekoniecznie muszą być zrealizowane. Dobre i częściowe wykonanie planu:)
Właśnie kończy mi się pieczenie chleba. Robię dziś na zakwasie pszenny. Ciasto miało wyrastać kilka godzin - a ja po niespełna dwóch godzinach mam chleb już w piekarniku. Zgodnie z zaleceniem, dodałam do tego, młodego jeszcze, zakwasu odrobinę drożdży (ale to naprawdę odrobinę), jednak nie wierzę, żeby to przez tą znikomą ilość drożdży ciasto aż tak i w tak ekspresowym tempie mi wyrosło. Może to, o co tak się obawiałam - zakwas - nie jest złe:) Zobaczy się.

Zaprenumerowałam sobie Country. Miałam nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu dostanę numer, a tu okazuje się, że dopiero od 3 wystartuję. Bida z tym, bo w styczniowym numerze jest o domu Green Canou. Pewnie piękne zdjęcia, pewnie piękny tekst. No cóż, obejdę się smakiem i tyle. W pobliskich kioskach nie ma oczywiście tego typu magazynów... Nie będę tego komentować, ale jakby to powiedział nasz kolega: bo u was na tej wsi to nic nie ma. A ja ciągle mu mówię, że ja na peryferiach miasta mieszkam, a nie na wsi. A że tu kury koło ulicy chodzą,u sąsiada za płotem to samo, krowy gdzieś za miedzą i konie także, że blisko las...:) No to niech będzie, prawie wieś, no!

Wzięłam w ręce aparat, coby obfocić trochę to, co wczoraj i przedwczoraj uszyłam, a tu, po czterech pstryknięciach wszystko padło - wymień baterie. No to się nazdjęciowałam. Nawet nad jakością nie miałam szans popracować. Dlatego wrzucam to, co mi zdążyło wyjść, w takim stanie, w jakim się pstryknęło.
Najpierw pomocnicy kuchenni: rękawica, łapaczki i ozdobne serduszka - mniej pomocne, bardziej dekoracyjne:)


Także aniołeczek który zawisł na oknie młodzieńca mojego. Pierwszy aniołek, dlatego trochę koślawy, ale jest i tyle:)



Resztę zdjątek wrzucę pewnie jutro. Jakoś tak dziwnie to zdjęcie anielskie mi się wrzuciło - bokiem - nie rozumiem tego, ale w końcu baba jestem, hehe! Metodą prób i błędów to wszystko opanuję, zakładając, że wcześniej nie zarzucę pisania tego bloga.

Za oknem nadal biało, biało, biało... Nerwy mi siadają jak o tym myślę. Wolę umierać z gorąca, niż odmrażać się na mrozie. Jestem zdecydowanie ciepłolubna, nawet gorącolubna i to, co teraz jest za oknami nastraja mnie tak negatywnie, że staję się kłębkiem nerwów.

środa, 27 stycznia 2010

urobiona po pachy

"A w domu chlebem pachnieć będzie..."
Tak, tak, to chleb. Chleb, który dziś upiekłam /http://pracowniawypiekow.blogspot.com/2009/05/pain-au-lait-chleb-mleczny.html/. Razem z synusiem, oczywiście:) I chlebem pachniało, że hej! Młodzieniec wcinał i tylko uszy mu się trzęsły. Trochę zostawiliśmy dla M., który właśnie wraca, wraca i wrócić nie może - znów zawiało i zamiotło, ech! A serio - mamy zapewniony na jutrzejsze śniadanko pycha chlebek /teraz to już w ogóle chyba z domu nie będę się ruszać dopóki auto nie wróci do formy, bo tak to wychodzenie po pieczywo jeszcze zmuszało mnie do wyjścia na ten ziąb/. Z żalem - a może i nie z żalem? - muszę się przyznać, że to jednak chlebek na drożdżach sklepowych jest. Zakwas dopiero się robi - bulgocze, rośnie, no i chyba się udaje. Stosuję się dokładnie do przepisu:http://piekarnia.wordpress.com/2008/07/18/jak-zrobic-zakwas-pszenny-i-upiec-pszenny-chleb/, tylko wystartowałam od razu z mąką pszenną. Zobaczymy w sobotę, czy chleb jakiś uda mi się na nim zrobić.
Wzięłam się też dziś za szycie - poszyłam "koszyki" bieliźniane dla młodzieńca i dla siebie zaczęłam. M. musi poczekać w kolejce, bo nici mi się skończyły;) No cóż, nie przewidziałam, że zacznę je w takiej ilości zużywać. Zdjęć koszyków dziś nie pokażę, bo już ciemno, nawet chleb przy popołudniowym - a więc już sztucznym - świetle wyszedł jak wyszedł. Przy okazji, jak już wszystko skończę - czyli jak zdobędę nici - obfocę i wrzucę, coby być dumną i bladą:)
Ten wciąż zalegający i dosypujący śnieg nie nastraja mnie pozytywnie. I gdy maluch zapytał mnie dziś, kiedy pójdziemy lepić bałwana - odruchowo odpowiedziałam, że nie w tej dziesięciolatce. UUU, wyrodna ze mnie matka, ale wołami mnie nikt nie wyciągnie i nie namówi na lepienie bałwana. Dziecięciu szybko wytłumaczyłam, że jest zbyt wielki mróz na to, aby bawić się śniegiem. Po tym nastąpiła seria "gdybań" i "dlaczego", aby wreszcie nadszedł czas na zrozumienie. Przyznałam się też, że nie lubię śniegu i dlatego tak brzydko na początku odpowiedziałam. Na co syniątko, błyskotliwie odpowiedziało: "Nie martw się tym mamusiu. Dziadziuś wiedział, że nie lubisz śniegu i dlatego z nim kiedyś budowałem iglo i z tatusiem, a ty tylko zdjęcia robiłaś. Dziadziuś jest teraz aniołkiem i patrzy, kiedy to iglo zbuduję z tatusiem. Ty nie musisz." Hehe, muszę to jutro M. powiedzieć - zlecenie na robotę ma! Ja nie muszę:)
A tak na marginesie - jak wstawić odnośnik do strony internetowej na zasadzie: tutaj, a nie w sposób prymitywny, jak to zrobiłam wcześniej? Nie mam pojęcia.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Martwe rzeczy mnie nie lubią. W ogóle mnie nie lubią. Zimna woda w kuchni nie leci. Sam wrzątek wita moje ręce. Zmywarka zrobiła "eee" i nie chce ruszyć z kopyta. Mam nadzieję, że to ma jakiś związek z tą zimną wodą, bo tyle, co gwarancja się skończyła:( No i na dodatek okazało się, że dziecię me ma zapędy na plotkarza, ech! Nie poszedł dziś do przedszkola - drugie auto padło - więc, jako że był już ubrany, przeszłam się z nim do sklepu. A tam, od razu po "dzień dobry" zaczął opowiadać, że auto nie odpaliło, może to akumulator, a może nie. Właściciele sklepu dowiedzieli się, w tej luźnej, przyjacielskiej rozmowie, czy mamy garaż, co z autem naszym się stało, jakimi autami jeździmy, że nie mamy jabłuszek już w domu... Zabrakło jeszcze kawki i ciasteczek, aby konwersacja ta stała się jeszcze przyjemniejsza. Z tego wszystkiego zapomniałam, po co przyszłam do sklepu i nie kupiłam - rzecz jasna! - tego, co naprawdę chciałam.
Będę dziś robić bułki. Znalazłam wczoraj fajną stronę: http://pracowniawypiekow.blogspot.com/2009/11/zwyke-bueczki.html - i postanowiłam, że upiekę te bułki - zakładam oczywiście, że wyjdą - no i będzie miał M. na wyjazd. Chcę też zrobić chleb na zakwasie. Dziś miałam zakwas ten zrobić, ale okazało się, że w pobliskich sklepikach nie ma mąki żytniej, wrrr. A na tramwaj, coby do centrum się dostać, nie ma mowy, żebym szła, oj nie! Na pewno nie przy dzisiejszym mrozie! Spróbuję zrobić z mąki pszennej. Kucharka ze mnie, jak z koziej d... trąba i nie widzę różnicy w tych mąkach, hehe, dlatego pozwolę sobie na taką profanację, a co mi tam!
Zresztą, nawet te bułeczki, które podobno wychodzą każdemu i zawsze, mogą mi nie wyjść, bo dziś coś wisi chyba w powietrzu... Ale spróbuję podziałać. Bez względu na efekt obfotografuję dzieło i tu zamieszczę - ku pochwale, bądź ku przestrodze:)
Przeczytałam właśnie raz jeszcze przepis na te bułeczki... No i WIEDZIAŁAM, WIEDZIAŁAM!!! NIE MAM MASŁA!!!!!!!!!!!!!!!!! A przecież między innymi po nie właśnie poszłam do sklepu... To masakra jakaś - ten dzień.

***

No i jest wieczór, dzień - niekoniecznie dobry - minął wreszcie.
Okazało się, że zimnej wody zabrakło, bo najzwyczajniej w świecie gdzieś na naszym poziomie zamarzła. Powalczyliśmy z M. trochę. Różne patenty wypróbowaliśmy - wpuszczanie gorącej wody z solą, grzebanie - przepychanie drucikiem, podgrzewanie suszarką. W końcu po g. 19tej woda puściła. Jejku, jaka to cudowność - móc załączyć zmywarkę, myć w zlewie, a nie w brodziku (w łazience była zimna woda!) i wreszcie po prawie dwóch dniach nie parzyć sobie dłoni!

A na koniec, przyznać muszę - dzień ten, choć w większości beznadziejny, udał się pod względem wypieków. Zrobiłam bułki - nawet dwa rodzaje! Młodzieniec ambitnie mi w tym pomagał, a M. wcześniej kupił masło. W ich jedzeniu pomagali absolutnie wszyscy. Na raz następny robię z podwójnej porcji - bo to, co zrobiłam eksperymentalnie, to zdecydowanie za mało. Bułki zostały sprawiedliwie rozdzielone - na podróż dla Mamuśki, dla M. w trasę, na kolację dla wszystkich i na jutro dla młodzieńca i dla mnie. Później znów trzeba będzie piec - co zrobię z ABSOLUTNĄ przyjemnością! Bułki polecam każdemu! Smaczne, łatwe i znikają absolutnie szybko. Teraz już wiem - bułki trzeba zrobić, nie powinno się ich kupować, bo to profanacja:)
Ciasto lepiło się do moich rąk, ale dałam radę z nim zawalczyć. Bułeczki wyszły mało okrągłe, może niezbyt eleganckie. Ale co tam wygląd - smak, to dopiero jest to!


Zrobiłam też zakwas - na mące pszennej. Pokarmimy go przez 3, 4 dni i może coś z niego będzie. A jak będzie to się chleb upiecze.
No i w ten sposób stałam się już chyba na maksa kurą domową - nie wiem, czy mam się cieszyć, czy załamać...

piątek, 22 stycznia 2010

chorobowo i chwalipięcko

No i super! Dwa dni tramwajowania, dwa dni dłuższego wystawienia dziecka na mróz i jaki efekt? Gile po pas, marudzenie, 39 gorączki... normalnie sielanka. Dobrze, że dziś nie posłałam go do przedszkola, bo ta gorączka objawiła się dopiero teraz, po drzemeczce. No nic, damy radę:) Leki podane, bajka włączona, jakoś to będzie.
Dziś, gdy młodzieniec ucinał drzemkę, zaopatrzona w nianię, zeszłam do mojej nowej miłości - kredensu. No i znów skrobałam, skrobałam, skrobałam (nie naskrobałam się dużo, bo mycha nieco wcześniej się wybudziła). Teraz to już sama wykończeniówka z tym skrobaniem została. Ale to jest chyba najgorsze. Kąciki, zakamarki, do których ciężko dojść. Jednak dzielna jestem! Nie mogę się już doczekać malowania. Na to jednak jeszcze trochę muszę poczekać. Cierpliwości pokłady muszę w sobie odkopać:)

O chorobie już było, teraz będzie chwalipięcko, a co mi tam! Kilka zdjątek z popełnionymi przeze mnie decoupage'owymi rzeczami. Rzeczy tych jest dużo więcej, ale cztery wrzucone i tak rzutują negatywnie na mą - w tej chwili wątpliwą - skromność:)
Wszyscy zainteresowani dobrze wiedzą, że nasza kuchnia to jedna wielka prowizorka. W związku z tym, ciągle ją udoskonalam, coby zakryć brak kafli, jakieś dziury itp. Dlatego na ścianach wymalowałam drzewa, liście, ptaki. Szafki przemalowałam i zrobiłam decoupage. Jedna z nich wygląda tak:

no i małe zbliżenie rogów szafki:

Popełniłam też - jako jedną z pierwszych tego typu prac - deskę ogrodową na potrawy grillowe /w tle/ i młynek. Młynek ten, bardzo stary, podarowali nam znajomi. Lubię stare rzeczy, uwielbiam młynki, stąd ten prezent. Młynek jest trzeci w mej skromnej kolekcji, ale jako pierwszy przeszedł gruntowne odnowienie. Do tego mój M. zakupił solniczkę i pieprzniczkę, które się elegancko skompletowały z młynkiem:

Kiedyś tam zrobiłam też słoik na kawę. Oklejony, podobnie jak deska, przepisami na różne kawy /deska nie ma przepisów na kawy - oczywiście - tylko na grillowe potrawy;)/:

No i ostatnia rzecz, którą się pochwalę, cobym sama miała dowód działań mych, w razie ewentualnych zniszczeń. To drewniane pudełko na herbaty:

Jeszcze trochę tego jest - bardziej lub mniej przydatne bzdety. Ale tu wrzuciłam te przedmioty, które są robione z myślą o kuchni, która się tworzy. Szafki co prawda na pewno nie zostaną, tylko wylądują w piwnicy. Cała reszta, jako pierdołeczki - ozdóbeczki, pozostanie.

Po co ja to wszystko piszę, po co te zdjęcia, po co ten blog?
Dla mnie. Dla czystości mojego umysłu. I chyba też, żeby samej sobie udowodnić, że czas nicnierobienia może być zajęty, zapracowany i urobiony po pachy. To, co tu dziś wrzuciłam, robiłam wtedy, gdy pracowałam. A teraz, kiedy praca zawodowa mnie nie pochłania, udowadniam sama sobie, że jest wiele rzeczy, które mogę zrobić i naprawdę może braknąć mi czasu. Teraz pochłonął mnie kredens. Kładę się spać z bolącymi dłońmi od zdzierania farby, nosem pełnym pyłu. Ale oczy mi błyszczą, bo każdego dnia wykonuję kolejny etap planu i to mnie cieszy.

czwartek, 21 stycznia 2010

wyniki!

No i cóż, muszę przyznać, że jeśli chodzi o konkurs, była jedna prawidłowa odpowiedź - są to podkładki pod kubeczki;) Jednakże nie mogę tej odpowiedzi nagrodzić, bo szanowny anonim, nie pozostawił swojego podpisu, inicjału, czy czegokolwiek związanego z namiarem. W związku z powyższym zrobiłam małe losowanie, aby nagrodzić oryginalną odpowiedź. Losowanko zrobiłam, gdyż pozostałe pomysły były na tyle ciekawe, że nie wiedziałam, na którego oryginała się zdecydować.
Ogłaszam więc oficjalnie, że nagroda wraz z niespodzianką wędruje do "Km" za pomysł z DINKSEM!!! Gratuluję, oczywiście! No i oświadczam przy okazji, że konkursownia będzie się jeszcze od czasu do czasu odbywać.

Dalej walczę z kredensem. Muszę przyznać jednak, że sama tych kilku warstw zalegającej farby nie skrobię. Kto zejdzie w piwniczne podwoje, ten bierze co może i choć chwilkę pracuje. Np. Mamuśka bierze w dłoń swą szpachelkę i zeskrobuje najgrubsze warstwy. Szanowny M. z kolegą K. wkroczyli z kolei ze sprzętem ciężkim i odwalili zdecydowanie najcięższą robotę w tempie przyspieszonym, co bardzo mnie cieszy. Oto kilka migawek - znów telefonicznych, bo zapominam o braniu ze sobą aparatu do piwnicy celem uwieczniania pracy - unaoczniających ciężką pracę:)
/ja też wzięłam w ręce ciężki sprzęt.../


Mnie teraz pozostało bawienie się w doczyszczanie rogów przy pomocy papieru ściernego. Założyłam sobie, że w tym tygodniu kredens zostanie w całości oczyszczony, co powinno się udać. Chociaż, biorąc różne nieprzewidziane wypadki, niekoniecznie plan może być zrealizowany. Wczoraj na przykład prace okołokredensowe musiały być skrócone ze względu na konieczność wcześniejszego wyjazdu po malucha do przedszkola, bo "cudowne" auto odmówiło rano posłuszeństwa. Dlatego trzeba było go zawieźć tramwajem, a potem tym samym środkiem lokomocji przywieźć. A jest to wyczyn trochę utrudniony o tej porze roku. Tramwaje, choć co 20 min. sobie jeżdżą, niekoniecznie muszą przyjechać. Wczoraj, na szczęście przyjechały planowo. Dziś jednak - auto naprawiać trzeba - gdy chciałam wrócić do domu po odwiezieniu młodego do przedszkola, niestety, postałam sobie elegancko na mrozie 20 min. wypatrując zbawienia w postaci tramwaju, no i to by było na tyle. Pan tramwaj zdecydował nie przyjeżdżać, a ja dreptałam na nogach do domku. Nie napiszę, jaki dialog wewnętrzny prowadziłam przez cały czas marszu mego, bo trochę "pipkań" musiałabym tu zamieścić. Fakt jest jednak faktem - gdy zależy na czymś bardzo, to rzeczy martwe potrafią fantastycznie utrudnić życie. A zależało mi ogromnie i na tym wczorajszym i na dzisiejszym przedszkolu, nie ze względów egoistycznych pt. dziecko wyprawić, a samej wypoczywać w domku, tylko przez wzgląd na dzisiejszą uroczystość przedszkolną z okazji Dnia Babci. Dziecię me mówi wierszyk, wczoraj mieli próby, dziś przedstawienie jest już w toku, no i nie chciałam robić mu przykrości. Poza tym, Babcia została zaproszona, wierszyka misiek się wyuczył i wszystko trzeba było doprowadzić do końca. Dlatego te przeprawy - wyprawy musiały się odbyć. Rano spakowałam garnitur do plecaczka, młodego ubrałam i zrobiliśmy wycieczkę tramwajową do przedszkola. Szanowny M. wziął auto służbowe i pojechał niedawno z Babcią na przedstawienie. A ja - próbuję odtajać po spacerku w mroźny poranek, ech! Zaraz jednak wyruszam w piwniczny świat, bo tam, przy tym wycieraniu resztek farb ukoję moje nadszarpnięte deczko nerwy.

niedziela, 17 stycznia 2010

kupuję polskie?

Wkleiłam na bocznym pasku symbol zaproponowany przez Green Canoe. W swoim ostatnim poście pisała o zaniku polskiej tradycji i zachwycie kulturą zamerykanizowaną, zalewem chińszczyzny itp. Pisała o konieczności pielęgnowania tego, co polskie.
Hm, symbol wkleiłam, bo popieram. Nie znaczy to jednak, że popieram ślepo.
Walentynki lubię, bo to ciepłe święto. A że nie jest polskie, jakoś mi to nie przeszkadza. Halloween nie podoba mnie się, bo uważam, że bezcześci nasze ważne, pełne zadumy Święto Wszystkich Świętych. I tak mogłabym tu wymieniać - jedno popieram, inne nie. To wiąże się z moimi przekonaniami.
To, że coś popieram, nie znaczy od razu, że brnę w to ślepo. A samo hasło "kupuję polskie" z mojej strony ma wyrażać przede wszystkim poparcie. Bo fakt, lubię polskie produkty, cenię je. Ale także nie znaczy to, że obce ma być złe. Przed zalewającą nas falą chińszczyzny nie uciekniemy. To jest wszędzie, osacza nas na każdym kroku. I chyba u większości z nas znajdzie się cokolwiek z napisem "made in china".
Dlatego "kupuję polskie" popieram, ale byłabym zakłamana, gdybym powiedziała, że obcego nie kupuję. Bo kupuję takie, na jakie mnie stać. Niestety. Bo takie jest życie - trochę brutalne.
No i nie zawieszę też w oknie flagi - której notabene nie mam. Nie zawieszę, bo aż takiej dawki patriotyzmu we mnie nie ma. Stety, bądź niestety - jak kto woli.
Uważam, że wszystko trzeba umieć wyważyć. Moja waga jest poparciem dla polskości. Moja waga jest poparciem dla piękna naszego kraju - krajobrazów, zwyczajów itd. Ale moja waga to też druga szala, która nie jest hurra - patriotyzmem, biegnącym ślepo za nowym trendem. Biorę w garście to, co lubię, to, na co mnie stać, to co mnie zachwyca i staram się to spożytkować jak najlepiej. A że czasami wychodzi mi z tego mały mix narodowościowy - trudno. I tak żyję w Polsce, mówię po polsku, lubię polską literaturę, kulturę. Dlatego polskości się nie wyzbędę.

A co do konkursu - do środy sobie poczekam:) dobrze by było, gdyby anonimy, które się nie podpisały choć inicjały rzuciły, bo kto wie, kto wie...;)

piątek, 15 stycznia 2010

konkurs:)

Dziś dzień pełen pracy.
Zacznę od najważniejszego. Otóż małżonek mój szanowny wziął sobie widocznie moje utyskiwania odnośnie zaniku jego romantyzmu do serca. Bowiem, po trzech dniach niebycia domowego przywiózł mi prezent. I nie był to kwiat, o który toczyłam boje. Hm, w moim przypadku to nawet lepsze niż kwiat. Dostałam od połowicy mojej książkę. Zaskoczył mnie niemożebnie! Jednakże, jako że nie lubię czytać z doskoku, książka będzie musiała poczekać, aż dzieło kredensowe dobiegnie końca. Lubię tak czytać, aby się w tym zatracić. A z doskoku to można poczytać co najwyżej gazetę. Poza tym, tak zacny prezent trzeba docenić i czytać w należytej oprawie. Na pewno nie na szybcika:) Mąż, wiesz czym mnie ująć!

Kredensowe sprawy dziś trochę się posunęły. To posunięcie trzeba odczytywać w sensie zaawansowanej demolki... No nic - pan wrócił, pan wziął młotek, pan pozbawił dół pleców i kilku innych detali. Pan naprawi! A pani skrobie, skrobie, skrobie... I "końca nie widać" - niczym u Majewskiego. Zdjęcia załączam znów robione telefonem. W zasadzie gdybym nie brała czynnego udziału w tym skrobaniu, to zastanawiałabym się, czy coś z tym kredensem się dzieje. Ale ja to skrobię i ja to wiem - dzieje się i każdego dnia kolejny element zostaje odsłonięty. Pod czterema warstwami farby ukazują mi się piękne słoje drewna. No i te słoje zmuszają mnie do dylemat ów związanych z techniką malowania. Jeśli to będzie shabby chic, zgubię słoje, ale przecierka będzie dyskretniejsza. Jeśli suchy pędzel, słoje zachowam, ale nie wiem, jak podołam temu minimalizmowi. No nic, muszę się zastanowić. Na razie ręce mi odpadają od skrobania.


No i konkurs, hehe! Najpierw jednak proszę bardzo, co zrobiłam z moim wczorajszym tworzeniem maszynowym. Efekt mej pracy zawisł w oknie synka. Jemu się podoba, bardzo, a to dla mnie najważniejsze:) Co prawda, mój M., gdy to zobaczył w oknie, powiedział: oj, jaki fajny dinozaur! Dobrze, że dziecko - inteligentne, diody jeszcze dobrze mu działają - uświadomiło go, że ten dinozaur jest tak naprawdę samochodzikiem!

W związku z powyższym, można się spodziewać, że wspomniany, szumnie nazwany konkurs, będzie związany z moim szyciem. No bo oczywiście, dziś znów coś próbowałam szyć! Efekt szycia - na zdjęciu. A konkurs dotyczy właśnie tego efektu. Kto jako pierwszy odgadnie co uszyłam /komentarz i namiar jakiś oczywiście/, ten otrzyma TO COŚ w nagrodę plus może niespodziankę /niech stracę!/.
No i tu zaczyna się zabawa. Bo tak sobie myślę, że piękny ten mój twór nie jest - bądźmy szczerzy. Dlatego może się okazać, że nikt nie weźmie udziału w zabawie, aby - broń Boże - nie stać się przez przypadek właścicielem tego czegoś. To dopiero byłoby zabawne. Ale z drugiej strony - to coś, to takie może preludium do czegoś wielkiego w moich tworach - to mi się marzy;)
No nic, konkurs, czy candy - jak tu blogowo to zwą - ogłoszony! A jak nie będzie dobrych odpowiedzi, to nagrodzę tego, kto będzie najbardziej oryginalny w przypuszczeniach. Hm, a jeśli nie będzie w ogóle odpowiedzi, to będzie to musiało zostać u mnie... Nie wiem, co mój ślubny wówczas na to;)

Nie rozumiem, dlaczego to zdjęcie tak dziwnie mi tu się wrzuca /trzy próby się odbyły/ i jego wielkość jakoś się też udziwnia. Ale może to chodzi o automatyczne utrudnienie konkursowe. Więc może lepiej zostawię to tak, jak jest:)

czwartek, 14 stycznia 2010

nauka


Dziś popełniłam kilka "twórczych" rzeczy. Brałam od Mamuśki lekcje szycia na maszynie. Na mojej Singierce - pamiątce po Dziadku - kiedyś już uczyniłam pierwsze próby. Dziś została mi wypożyczona stara maszyna o nieco wyższym poziomie niż staruszka, już zabytkowa. No i poszalałam! Oj, cudowności to nie stworzyłam. Tym bardziej, że musiałam nauczyć się szyć prosto, cofać, obrzucać - tak, tak, to były zaawansowane lekcje. Przez cały - prawie - dzień uszyłam pięć małych rzeczy.
No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy, krawcowa to ze mnie na pewno nie będzie. Ale coś tam dla smyka mego kochanego zawsze do zabawy, czy też do ozdoby uszyję. Zakładając, że to, co szaleńczo uszyję, będzie można nazwać zabawką lub ozdobą;)
Wrzucam tu te moje twórcze wypociny. I broń Boże, niech nikt nie wpatruje się w to dokładnie i nie pyta czasem co to jest! Synuś sam zgadł, co uszyłam i to jest najważniejsze. Dorośli mają zachwianą wyobraźnię:) Chciałam jeszcze zaznaczyć, że twory poniższe nie są płaskie, tylko... hm... trójwymiarowe! - jak to ślicznie brzmi:) Podwójnie zszywane, wypchane w środku. No!


Oczywiście, żeby nie było, calusieńki dzień nie ślęczałam nad maszyną. W międzyczasie posprzątałam, upichciłam obiad, zrobiłam pranie - samo się zrobiło, umyłam naczynia - też same się myły, poodkurzałam - to już nie chciało samo, rozwiesiłam pranie i powyciągałam czyste naczynia (szkoda, że nie ma maszyny wieszającej pranie i układającej naczynia na półkach...), pobawiłam się z dzieckiem i zrobiłam masę różnych rzeczy. Wykorzystałam też czas spania mychy mojej i poczyściłam trochę kredens. No i jak? Stwierdzić muszę, że to moje nicnierobienie jest strasznie pracowite. Czasu mi zaczyna brakować. Zaraz też zresztą wybieram się w piwniczne czeluście, bo młodzieniec już w kimono uderzył. Prasowanie odłożę w takim razie na inny dzień...

środa, 13 stycznia 2010

licznik bije

Patrzę na licznik, na którym ponad 200 odwiedzinowych kliknięć mi się wyświelta. Sama z nudów nie otwieram co chwilę swojego bloga, aby podbijać statystykę, bo i po co?:) Więc ktoś na pewno tu zagląda, podczytuje. Może to jednorazowe odwiedziny, może częstsze, nie wiem.
Dlatego dziś tylko prośba maleńka do zaglądaczy - zerkaczy: miło by mi było, gdyby jakiś komentarz mały był przy okazji zostawiony, nawet pseudonimem surrealistycznym podpisany, bo anonimy są takie bezosobowe. A tak, choć kształ cielesny mi się tu przybierze, a komentarz będzie znakiem obecności osoby, a nie ducha przypadkowego:)
Hm, no i dziękuję za już wpisane - miłe! - komentarze. Pozdrawiam każdego, kto tutaj zajrzy!

wtorek, 12 stycznia 2010

jest, jest, jest!


Wreszcie dotarł - kredens wypatrywany! Zdjęcia z telefonu, więc nijakie. A kredens w dwóch częściach, bo ciężki pieruńsko i z Mamuśką nie dałyśmy rady narzucić góry, a poza tym... w tej części piwnicy trochę za nisko na zmieszczenie całości. Mężuś znów w rozjazdach, więc obszedł się smakiem tylko i moimi relacjami telefonicznymi z faktycznego wyglądu gabaryta. Jego fizyczna nieobecność nie przeszkodziła mi jednak w przydzieleniu mu pracy przy tym mebelku. Co tam, męska ręka też musi się do tego przyłożyć:) No i nie na rękę mi trochę, że młodzieniec w tym tygodniu musi trochę w domu posiedzieć i do przedszkola nie chodzi przez podejrzaną wysypkę na brzuszku, bo nie mam jak się wyrwać w piwniczne podwoje na walkę z warstwami farby. Wyrodna matka ze mnie chyba, no ale co ja mogę począć na to, że nie mogę się doczekać tej dłubaniny. Wyrwałam jedynie czas południowej drzemki mychy mojej, no i to by było na tyle. Oskrobałam jednak z wierzchniej warstwy dwie szuflady. Dopóki będzie siedział w domu, wyprawy piwniczne będą krótkie. Ale dobre i tyle.
A sam kredens, hm - roboty dużo, ale co tam, w końcu na nicnierobieniu jestem. Mam nadzieję, że do września go ukończę - hehe! - bo wtedy to siedzenie w domu zamierzam zakończyć choćby się waliło i paliło! No, nie będę miała nic przeciwko, jeśli do pracy pójdę wcześniej, ale realnie patrząc, jest to średnio możliwe. Dlatego do września mam czas - strzeż się klamociarstwo, bo nadeszłam i wszystko poprzestawiam:) A tak poważnie, ciekawe ile mi zejdzie z tym kredensem. Jestem tak nim nakręcona, że najchętniej przeniosłabym się do piwnicy na czas jego odnawiania, żeby to jak najszybciej sfinalizować.

niedziela, 10 stycznia 2010

męskie wariacje na temat ciasta



Moi mężczyźni postanowili wczoraj wieczorem zrobić ciasto drożdżowe z brzoskwiniami i kruszonką. Jest tak dobre, że nigdy nie mam szans na to, żeby je efektownie wykończyć. Jest pożerane jeszcze ciepłe. Na dziś pozostało pół blachy, a to tylko dlatego tak dużo, że gotowe było dopiero ok. g. 22giej. Przepis M. wziął z internetowych zasobów, ale za każdym razem sam je modernizuje - jak, nie wiem. Ale oryginalny przepis brzmi następująco:
30 g drożdży, 3 szklanki mąki krupczatki, 1 szklanka mleka, 1/2 szklanki cukru, 2 jaja, 1/2 kostki masła, 1/2 łyżeczki soli, owoce. Należy zrobić rozczyn: w ciepłym mleku rozpuścić drożdże z dodatkiem łyżeczki cukru i 5-6 łyżek mąki. Odstawia się to pod przykryciem na jakieś 20 min., a następnie wsypać do tego resztę mąki, cukru i sól, także rozpuszczone masło wymieszane z jajami. Wyrabia się ciasto i znów do wyrośnięcia się odstawia na jakieś pół godziny. Później myk na blachę, owoce, kruszonka i pieczenie.
Z tą kruszonką za każdym razem M. mój ma problem, ale nie powiem - wychodzi mu /ja w każdym razie nie potrafiłabym nic takiego zrobić/! Ciacho pycha, najlepsze takie, jakie jest najmniej zdrowe - czyli prosto z piekarnika:)

Dziś dalszy ciąg zimowej pogody. Okno w kuchni elegancko jest zamarznięte. Nic przez nie nie widać. Za to samo w sobie prezentuje się całkiem ciekawie, co nie znaczy, że powala mnie to z nóg - raczej załamuje, że wciąż trwa zima.
Mamuśka opowiadała, jaki dziś przyśnił się jej sen. Piękny sen.
Śnił jej się Tatuś. Był aniołem. Ubrany był w białą szatę, był uśmiechnięty. Siedział sobie taki szczęśliwy i naprawiał skrzydła.
Może to głupie, ale ja naprawdę wierzę, że Tatuś jest aniołem. I ten sen, robił w nim to, co bardzo lubił - ciągle coś dłubał, naprawiał. Dla Mamuśki taki sen jest dobry. Była taka szczęśliwa, gdy nam go opowiadała. Mnie samej zrobiło się cieplej na serduchu.

sobota, 9 stycznia 2010

śnieg, śnieg...

Zasypało nas nieźle. Od rana M. urządzał odśnieżanie chodnika po to, aby koło południa przyjechał pług chodnikowy na gotową robotę - przyjechał, aby się przejechać, bo wszyscy już chodniki uporządkowali.
M. walczy teraz z odśnieżaniem balkonu, bo śniegu aż pod okna dosypało i dowiało. Wszystko przy okazji zmrożone jakimś dziadostwem, które właśnie leci z nieba - jest więc elegancko.
Nienawidzę zimy, tego chodzenia w grubych kurtkach, płaszczach... Dla mnie przez cały rok mogłaby być wiosna i lato, tak na zmianę, żeby się nie znudziło. A tak, nasypie śniegu, zrobi się potem z tego błocko i będzie wesoło, że hej! Już na samą myśl kwasi mi się nastrój. Misiaczek mój kochany, gdy zobaczył rano zasypane światełka balkonowe, za których włączanie i wyłączanie jest odpowiedzialny, prawie się rozpłakał: "nie widać migotania przez ten śnieg". Teraz tatuś musi odkryć migotanie, bo tak być nie może:)


Dzień przed Wigilią, koło 19tej zadzwonił domofon. Jakiś pan powiedział, że jest do mnie przesyłka. Trochę zdębiałam, bo niczego się nie spodziewałam. Okazało się, że pan miał dla mnie piękną gwiazdę betlejemską /czy jak to się nazywa/, z bilecikiem w środku. Podpisałam i żwawo pobiegłam do domu.
Nie, nie, męża o taki gift nie podejrzewałam, chociaż stosunkowo niedawno przerobiłam z nim zanik spontanicznego romantyzmu w jego wykonaniu. Kiedyś jeszcze była jakaś róża ot tak przyniesiona, jakiś bukiet kwiatów przez posłańca podesłany. A teraz? - nic, zupełnie nic. Okazyjnie, nie powiem, jak najbardziej, ale bez okazji - tu diody szwankują w całej okazałości. Gdy mu o tym powiedziałam i brak romantyzmu męskiego wytknęłam także Krzysztofowi naszemu dobremu kumplowi, zaraz zaczęli się tłumaczyć, że kobit to nie można rozpieszczać. Mężulek oświadczył, że przecież nie raz z wyjazdów przywozi mi ulubionego batona. No i ręce opadają. A ja chcę czasami się obudzić i zobaczyć na stole kwiatka, którego mąż mi przywiózł po dwóch dniach nieobecności. Nie musi być nie wiem jak wypasiony. Może być nawet przywiędnięty, ale niech będzie. A ten mi tu z princessą wyskakuje, że pamięta i jak sobie coś kupuje, to przy okazji i dla mnie weźmie. Batona... Wrr...
Dlatego wiedziałam od razu, że gwiazda ta nie jest od męża, tym bardziej, że gdy podpisywałam przyjęcie, jego imię na karcie też widziałam. A więc kwiat ten był dla nas, a nie tylko dla mnie. Bilecik wyjęliśmy i razem przeczytaliśmy. Ja się popłakałam, bo to od dobrych znajomych naszych - M. i R. - którzy wiedzieli, że akurat w tym czasie jest nam ciężko. Że to pierwsza Wigilia bez Taty, dokładnie tydzień po jego odejściu. Że to inne Święta dla nas będą. Napisane było: "...aby te Święta były czasem spokoju, aby Narodzony Jezus był ukojeniem dla duszy i pociechą dla serca". Oj M., ogromnie mnie tym wzruszyłaś /bo to Twój pomysł był, jak się potem okazało/. Poczułam się tak, jakbyś była blisko mnie, a nie oddalona o 250 km.

To są chwile, kiedy odczuwa się namacalnie wręcz siłę przyjaźni. A przyjaciele, znajomi, wszyscy byli z nami w tych trudnych chwilach. I wszystkim dziękuję - za modlitwę, za pamięć, za słowa otuchy, za obecność.
Teraz kwiat już zmarniał dosyć, ale jeszcze się trzyma jakoś, jak widać na załączonym obrazku. Co na niego spojrzę, to robi mi się ciepło na serduchu.

Wczoraj wybrałam się do moich piwnicznych klamotków. Zaczęłam przemalowywać stolik, który ma na razie swoje miejsce w przedpokoju. Dziś tego pewnie nie skończę, bo weekend, a w sobotę to inna robota się wyrywa i na przyjemności nie ma czasu, niestety. A więc czekaj stoliczku do poniedziałku. Po niedzieli powinien już przyjechać kredens. Tego to dopiero nie mogę się doczekać - oj, poszalejemy, poszalejemy:)

czwartek, 7 stycznia 2010

spacerkiem po ogrodzie

No i cóż, wyszłam przed chwilą do ogrodu, coby porobić jakieś fajne fotki zimowe, ale nic z tego. Światło nijakie, no i najważniejsze - baterie mi padły po zrobieniu 4 marnych zdjątek. To się napstrykałam, że hej! Ale żurawinie zdjęcie zrobiłam. Jakie jest, takie jest, ale jest:)
Z żurawiną tą to historia cała jest. Początkowo była posadzona w innym miejscu. Maleńkie toto było, ale moje oko cieszyło. Przyjechała teściowa na czas jakiś i postanowiła się czymś zająć. Plewieniem na przykład... Gdy przyszłam w miejsce pracy po godzinie, zauważyłam nie tylko elegancki brak chwastów, ale także i moich dwóch żurawinek!!! No i zaczęły się poszukiwania w wyrwanym dziadostwie tego, co dziadostwem nie jest. Na szczęście znalazłyśmy. Teściowa załamana była szkodą, którą zrobiła, na szczęście jednak, nic się nie stało, a żurawinki - już przesadzone w bezpieczne miejsce, którym tylko ja się zajmuję - jak widać na tymże nędznym obrazku, świetnie radę sobie dają.


Przeszłam się dalej, po śladach Kropka, który dał nogę w noworoczny wieczór, gdy sąsiedzi postanowili jeszcze trochę popetardować. No i tak strzelali, że Kropula, który wyszedł akurat na przechadzkę z ciepłego piwnicznego schronienia, zaginął w śniegu na trzy dni. Poszukiwania prowadziliśmy zaawansowane, ale śnieg skutecznie przysypywał wszelkie ślady i nie wiedzieliśmy nawet, gdzie się biedaczyna podziewa. W końcu wrócił, na szczęście. Zresztą, on zawsze wraca:) Ja także wróciłam w końcu do domu, bo aparat padł i cel mojej wyprawy ogrodowej umarł.

Zabrałam się dziś za wykończenie ścian w przedpokoju. Przedpokój oficjalnie - jeśli chodzi o ściany - został zakończony początkiem września. Ale nieoficjalnie czkał jeszcze na drobne poprawki - podmalowania różne - do których nie miałam czasu, chęci i okazji się zabrać. Dziś jednak, nicnierobienie zmotywowało mnie, aby wziąć się do roboty. Jeszcze tylko podłogę trzeba zrobić - ciekawe kiedy /to pytanie zdecydowanie retoryczne.../? Na razie wymyśliłam sobie, że te obrzydliwe, stare kafelki, które na niej leżą pomaluję przy ścianie farbą olejną, którą malowałam zawiasy drzwi i framugi, a potem je polakieruję. W ten sposób stworzy się taki przyścienny pasek, który zakryje to, co najbrzydsze i stworzy kolejną tymczasówkę w naszym domu. Kolejną, bo już kuchnia jest jedną wielką tymczasówką, wciąż udoskonalaną. M. lepiej o tym planie nie powiem, bo przeżyje załamanie nerwowe. Poczekam z realizacją do czasu, kiedy znów wyjedzie do pracy na jakieś dwa dni. Będzie miał niespodziankę, gdy wróci:)
Na szczęście, przedpokój nie przypomina już niczym - poza podłogą, oczywiście i koszmarnymi drzwiami, do których nie mam serca - tego dawnego, całego w boazeriii - ciemnej, ponurej, a pewnie z założenia ciepłej, co się raczej nie udało. Szukam do niego starej ramy okiennej, coby zrobić z niej lustro. M. zrobi wieszak na kurtki /trochę się tego obawiam, bo przy moim mężulku, wieszak będzie tak obwieszony, że jego ewentualny wygląd estetyczny nie będzie odgrywał znaczenia/, no i będzie można powiedzieć, że jest ok. Co do tej ramy i wieszaka - M. jeszcze o niczym nie wie, bo wcześniejsza wersja obejmowała lustro i wieszak z metaloplastyki. Ale mój Boże, czy plany nie mogą się zmienić?! Szanowny mąż się ucieszy, że będzie miał wkład w "ubieranie" przedpokoju, hehe! Już widzę tę jego radość!
Ale co tam, żona na nicnierobieniu musi wyszukiwać zajęcia nie tylko sobie, prawda?!