odwiedzinowo

poniedziałek, 13 grudnia 2010

pusto

Jeszcze tak pusto w tym domu nie było. Ani męża, ani dziecka...
Młodzieniec wciąż nam choruje. Tym razem miał obustronne zapalenie oskrzeli, jednostronne zapalenie płuc. Poszliśmy dziś do kontroli, a tu przykra niespodzianka - skierowanie do szpitala w trybie natychmiastowym. M. wziął urlop, żeby z nim w szpitalu siedzieć, ja po pracy będę dojeżdżać, zmieniać M. na kilka godzin. Takiego zakończenia sprawy nie braliśmy pod uwagę.
Zostawiłam chłopaków, przyjechałam do domu i miotam się teraz, łażę z kąta w kąt i nie potrafię się odnaleźć. Pusto tak jakoś, dziwnie.
Przygotowania świąteczne zostały u nas zatrzymane. W zeszłym roku w tym czasie umierał Tato - w piątek będzie pierwsza rocznica Jego śmierci.
W tym roku młodzieniec leży w szpitalu... Takie to wszystko pokręcone. Chyba nic mnie się nie chce. Jestem zmęczona już - fizycznie i psychicznie - tymi wciąż nawracającymi chorobami malucha. Ciągle zapalenie oskrzeli. Od września mogę bez problemu co do dnia wyliczyć, ile razy był w przedszkolu. I dziś moja cierpliwość dla leczenia dziecka naszego w ośrodku zdrowia się wyczerpała. Bo nie jest to normalne, żeby dziecko średnio co drugi tydzień chorowało na zapalenie oskrzeli. Chyba faktycznie tak już musi być - trzeba dobrze zapłacić, żeby być dobrze zdiagnozowanym i wyleczonym. Tak więc będziemy nieodwołalnie leczyć dziecię prywatne, byle tylko już nie chorowało. Bo nie chcę, żeby maluch leżał mi w szpitalu - bez względu na to, jak bardzo jest on przyjazny, ciepły i kolorowy... Musimy tylko znaleźć dobrego pediatrę. Mieliśmy rewelacyjnego, zanim wyjechaliśmy ze Śląska. Tutaj jakoś ciężko nam kogoś konkretnego znaleźć. Ale to już nasze zadanie - szukajcie, a znajdziecie.
W domu cicho, pusto i tak jakoś dziwnie. Wchodzę co chwilę do pokoju młodego, a tam pusto... Dziwne uczucie, naprawdę dziwne... Wiem, że nie jest tam sam, wiem, że ma się do kogo przytulić. Wiem też, że przecież wkrótce wróci do domu. Wiem, że jutro do niego pojadę. Wszystko wiem. Wiem przede wszystkim, że nasze życie byłoby niczym bez tego łobuziaka, którego kochamy ponad wszystko. Niech wraca do zdrowia, a cała reszta na chwilę obecną jest nieważna...

sobota, 27 listopada 2010

rozmowa z dziecięciem

Tak, tak, jak znikam, to na dobre, jak się pojawię , to namolnie prawie. Ale co tam, tego już nie zmienię. Miałam kłaść się spać, ale przypomniałam sobie jedną, godną wg mnie uwiecznienia, scenkę z dnia dzisiejszego - no, właściwie to wczorajszego;)

Byłam z młodzieńcem na popołudniowej kawce u sąsiadki z dołu (młody na herbatce, oczywiście). Tak sobie gaduliliśmy, kawkowaliśmy, kiedy smyk podsunął mi gazetę pod nos i zapytał, czy chciałabym wyglądać jak ta pani. Spojrzałam na wskazywane zdjęcie, na którym była Eva Longoria i z rozmarzeniem odparłam, że "oczywiście, miło by było, gdybym dorównywała jej urodą. Nie miałabym absolutnie nic przeciwko." Na co, smark jeden bez zastanowienia z gruber rury mi dowalił: "Nawet o tym nie śnij!". Matko, zamurowało mnie deczko, bo jakoś na taką akurat kontynuację naszej rozmowy nie byłam nastawiona. Sytuację uratowała sąsiadka, która zapytała pyskacza, dlaczego tak mówi do mamusi. Dziecię dalej brnęło w zaparte: " No niech o tym nie śni. Bo po co? Moja mamusia i tak jest najpiękniejsza na świecie. To moja gwiazda! Nikt nie ma takiej ładnej mamusi. Jest ładniejsza od tej pani." A na potwierdzenie tych słów dostałam mega buziaka i ogromne uściski - przytulaki.

Ha! Jestem piękną gwiazdą!!!Szkoda tylko, że dnia któregoś pewnie pojawi się jakaś panienka, która zajmie moje dostojne miejsce i już nie będę dla niego najpiękniejsza...;) Już teraz nastawiam się psychicznie na bolesny upadek z piedestału, hehe!

Dzieciak mój kochany:) Czasami rzuci takim hasłem, że szczęki trzeba zbierać z podłogi. Najbardziej żałuję, że nie jestem w stanie tego wszystkiego uwieczniać, bo musiałabym ciągle chodzić z dyktafonem. Galopującą sklerozę przecież mam!;)

czwartek, 25 listopada 2010

lata świetlne za mną


Tak, tak, lata świetlne minęły odkąd ostatni raz tu pisałam. No i najprościej jest zrzucić winę na brak czasu, ale przy okazji dochodzi jeszcze może szczypta lenistwa...;) To lenistwo okraszę zdjęciem ostatniej w tym roku tęczy, które dopiero przed chwilą z aparatu zrzuciłam... a robiłam je z okna kuchennego;) Było jeszcze ciepło i zielono. Uuuu, tęsknię za wiosną i latem!!! - a za oknem przecież pierwszy śnieg leży:(

U mnie w zasadzie dzieje się dużo. Np. ostatnimi czasy zgłębiam ambitnie anatomiczne zawiłości nosa, jamy ustnej, zaznajamiam się z zatokami... Masakra - zgłębiam, zgłębiam i na tym byłby koniec. Ale jak nie drzwiami to oknem - zaprę się i wreszcie to opanuję.

Co poza tym, hm... dziecię me cudne wciąż choruje i już nie wiem, za co w tym przedszkolu płacę;) Przecież więcej go tam nie ma niż jest, niestety:( Wciąż łapie infekcje. Od września najdłużej jednym ciągiem w przedszkolu był dwa tygodnie. Dobrze, że jest sąsiadka na dole, to przynajmniej nie muszę tak często brać zwolnienia z pracy, bo chyba szybko by mi powiedzieli: serdecznie dziękujemy (no, może przesadziłam, ale na pewno miałabym marne szanse na przedłużenie umowy). Smutne jest, że ta nasza rzeczywistość nie pozwala nam chorować, a raczej dziecku - bo ja to na czterech, ale do pracy pójdę, a lekarza szerokim łukiem ominę. Gdy dziecię choruje, rodzice często stają przed dylematem - co teraz. Ja jestem naprawdę w komfortowej sytuacji, ale wiele osób tak dobrze nie ma. Każde zwolnienie jednoznacznie nas definiuje - jesteśmy niewydajni... Przykra ta nasza rzeczywistość. I widzę w świetlicy dzieci, które od jej otwarcia, aż do jej zamknięcia tam siedzą, bo rodzice pracują. Można się zżymać na takie rodzicielstwo, owszem, ale chyba nie tędy droga. Jasne, są śmiałkowie - rodzice, którzy dzieci w świetlicowych progach zostawiają dla swojej wygody, "bo mają chwilę dla siebie i na załatwienie swoich spraw". Ale wielu z nich zostawia tam dzieciaki dlatego, że praca ich do tego zmusza. Potem biegną z językiem na wierzchu, żeby tylko dzieciaczka zdążyć odebrać przed zamknięciem. Idąc na łatwiznę, można takich rodziców w myślach piętnować. Ale chyba lepiej na tę naszą dziwną rzeczywistość się pozżymać. Zresztą, sama lepsza nie jestem, niestety... Po jednych zajęciach biegnę na świetlicę, no i to, czy zdążę na czas odebrać mojego smyka z przedszkola zależy od tego, czy rodzice "moich" dzieci zdążą je też na czas odebrać... Paranoiczne błędne kołko. Nic dodać, nic ująć.

Rozpisałam się na zupełnie inny temat niż zamierzałam;) czyli standard! A zaczęłam od tego, że dziecię mi choruje i tyle. Wiemy już, że jedną z przyczyn, oprócz astmy, może być przerost migdałka. I tu zaczyna się dylemat - ciąć, czy nie? Tyle, ile jest głosów za, tyle słyszę głosów przeciwnych. Już sami nie wiemy, co z tym fantem zrobić. A może ktoś umiałby mi doradzić, rozjaśnić trochę w łepetynce, bo nie chcę w żaden sposób zaszkodzić młodzieńcowi? Nie wiem tylko, co w tym wypadku znaczyć będzie - "zaszkodzić":(

W międzyczasie, gdy mnie nie było na blogowych kartach (dziwnie to brzmi), byłam między innymi na Kaszubach. To było dla mnie jak powrót na wakacje - lasy, jeziora, cudne, przepiękne widoki... Szkoda, że tak krótki był to czas i że pogoda nie dopisała. Ale co tam, widoki wszystko wynagrodziły, naprawdę. Miałam szczery zamiar zrobić wiele zdjęć, zrobić tutaj jakąś piękną galerię. Ale niestety, na tym chceniu się skończyło, bo - jak to zwykle w takich sytuacjach (u mnie w każdym razie!) bywa - aparat odmówił mi posłuszeństwa. Baterie padły, a w miejscach, w których byliśmy nigdzie nie mogłam dokonać zakupu nowych:( No i skończyło się na "cykaniu" fotek oczyma - dobre i to, jak mnie się zechce, to sobie je oglądam;)

Młodzieniec chory,a tym razem sąsiadka z dołu nie mogła mi się nim zająć, toteż zmuszona byłam iść na zwolnienie. Może to i dobrze, bo trochę odsypiam, bo nadrabiam zaległości w takich banałach jak: pranie, prasowanie, sprzątanie. Poza tym uczę się trochę... Na liście rzeczy do zrobienia w tym wolnym od pracy tygodniu mam jeszcze wiele punktów, których wciąż nie wykreśliłam. A tydzień już się pomału kończy... No cóż, trzeba się sprężyć i to solidnie. Najważniejsze, to sprawdzenie testów, ale tu nockę chyba zarwać trzeba będzie, żeby się wyrobić. I tak znów wpadam w błędne koło - wolne od pracy nie czyni mnie mniej zapracowaną. Tak to chyba wszystkie kobiety mają. Bo śmiem bezczelnie podejrzewać, że facet taki czas wolny jakoś inaczej by wykorzystał - zapewne w sensie bardziej wolnym... W takich chwilach żałuję (ale tylko odrobinkę!), że nie jestem mężczyzną... Ambitnie, żeby ten "wolny" tydzień, pełen rzeczy koniecznych do wykonania jeszcze bardziej zapełnić, postanowiłam uszyć sobie torbę. No i wpadłam w "torbowy" amok - powstały cztery, a co! Jedną z nich w zasadzie uszyła mi sąsiadka. Ja ją sobie wymyśliłam, powiedziałam co i jak, a sąsiadka na zasadzie "czekaj, pokażę ci jak to zrobić łatwiej" uszyła ją w całości. Nie mogę powiedzieć, żebym się gniewała;) No to na koniec mała prezentacja. Torba uszyta przez sąsiadkę to ta duża czarna, pozostałe banały są moje. Kolejne są w planach. A co - będę zmieniać je częściej niż rękawiczki;) Zdjęć nie obrabiam, bo już młody nade mną stoi i woła do zabawy. A hasło: "Moja mamusia zawsze dla mnie znajdzie przecież czas" do czegoś zobowiązuje, bez względu, czy to jest jest tylko podpucha, czy najszczersza w świecie prawda.

Pozdrawiam wszystkich czytaczy i podglądaczy. Mam nadzieję, że jeszcze od czasu do czasu ktoś tu zajrzy...;) Hmmm, mój długi niebyt na tychże włościach sprawił, że nie wiem/nie pamiętam (sic!), jak mam przesunąć zdjęcia, aby były umieszczone w tych miejscach, w których ja chcę, aby były... Dlatego są tak, jak leci, trudno. Później nad tym pomyślę, albo jutro, jak Scarlett;)






niedziela, 29 sierpnia 2010

chwalipięcko

Dziś krótko i lekko chwalipięcko. Zrobiłam sobie ostatnio dwie torby na szydełku. Nowicjuszką w tym jestem, ale oko cieszy, mimo wszystko:) Wkręciłam się na tyle, że już w planach mam kolejne. Byle tylko czasu trochę znaleźć.


Jako że 1 września już tuż, tuż, na szybko uszyłam wczoraj dziecięciu memu worek do przedszkola. Mały się ucieszył, kapcie od razu do środka wrzucił i już jest gotów do wyjścia;)

A skoro maszynę miałam już wyciągniętą, skleciłam także łazienkowy przybornik. Wszystko jest ok, nie ukrywam, że dumna i blada jestem, że jako tako mi to wyszło. Jednak po wypełnieniu środka, całość lekko się zdeformowała. Widać to zresztą na zdjęciu. Hm, nie mam pomysłu, czym by to od tyłu usztywnić, aby przy praniu rzecz się nie zniszczyła i jednocześnie zachowana była oczekiwana forma. Na razie wisi tak, jak na załączonym obrazku i jak znam zycie, pewnie tak trochę powisi;)


Dziś po obiedzie i drzemkach dzieciaków wybieramy się do Ikea:) To sklep, w którym mogłabym buszować godzinami. W zasadzie nie muszę nic kupować (fakt - jeszcze nigdy z pustymi rękoma nie wyszłam, hehe!), wystarczy, że oczy swe napatrzę na kompozycje, pomysły jakieś ściągnę. Jak znam życie, dzisiejsza wyprawa będzie też okraszona jakimiś łupami:) - dzieciaki do przedszkola, a my fruuu, cieszyć oczy!

W najbliższym czasie muszę tu zamieścić zdjęcia kolejnych staroci, które mi sprezentowano. Mam tam m. in. starą tarę do prania, wagę, żelazko, młynek:) Na razie wszystko stoi w piwnicznych czeluściach i czeka na moje natchnienie, bo znacznego odświeżenia rzeczy wymagają.

A na koniec jeszcze jedna zajawka z życia naszej - tymczasowo - dwójki dzieci.
Kuzynostwo grzecznie, bądź mniej grzecznie się bawiło u sąsiadki mej. W pokoju, w którym najwięcej łobuzowali, przy komputerze stały na talerzyk wysypane orzeszki - ich owoc zakazany. Dzieciaki, korzystając z tego, że siedziałyśmy w kuchni - na kawce małej;) - momentami zapadały w tajemnicze milczenie. Co jednak tam zajrzałyśmy, udawały, że grzecznie się bawią. W końcu przyszedł na nas czas. Mówię do młodego, żeby z młodą się pożegnał, bo na drzemkę trzeba iść. Młoda zaczęła go buntować, używając do tego szeptu teatralnego: "Poproś ciocię, żebyś jeszcze mógł tu zostać. Błagaj ją o to. Złóż rączki i błagaj, żeby jeszcze nie szła. No błagaj, słyszysz." Młody, potulny cielaczek, robił to wszystko, dołączając do tego jeszcze maślane spojrzenie. Godzina jednak była już późna, trzeba było już iść, tym bardziej, że młoda także miała iść spać. Nadszedł jednak czas ponownego popołudniowego spotkania. Z sąsiadką zeszłam do piwnicy na chwilę po słoiki, dzieciaki się bawiły - nasłuch był, wszystko było w porządku. No i w tej piwnicy dowiedziałam się, że młoda, po naszym wyjściu nakablowała na młodego, że jadł orzeszki:) Babcia oczywiście głowę jej zmyła za to, że skarży na swojego przyjaciela, ale hasło już padło. No to ja, niewiele myśląc, powiedziałam, że zaraz młodemu urządzę przepytywankę. Jako, że niosłam do góry też napój, który w sześciopak pakowany był folią, wpadłam na mega pomysł. Gdy tylko weszłyśmy do mieszkania, zawołałam do meldunku dzieciaki. Pokornie stanęły, wzięłam młodego przed siebie i wyciągnęłam tę folię z napoju... Powiedziałam, że to jest tajemnicza folia prawdy. Przyłożyłam mu ją do brzuszka i powiedziałam, że teraz ta folia powie mi prawdę. Młodzieniec zrobił wielkie oczy, młoda też gapiła się jak sroka w kość, a sąsiadka prawie się udusiła, próbując powstrzymać śmiech. Trzymałam tak tę folię i powiedziałam, że czuję, że w jego żołądku znajdują się orzeszki. "Czy jadłeś dziś orzeszki? Tylko nie kłam, bo folia prawdę mi mówi. Teraz oczekuję od ciebie, że się przyznasz do błędu." Dziecię z oczętami jak spodki najpierw chciało uciekać, ale po chwili wszystko wyśpiewało: "Jadłem orzeszki, ale ona też". No to ja sru - folię do brzuszka młodej, ta chciała też na początku się wyprzeć, ale ostatecznie przyznała się "Jadłam. On mi dał orzeszka, a ja poczęstowałam jego". No i tak to dzieciaki przyznały się do błędu. Najpierw jeden długojęzycznik wszystko wykablował babci, nie wiedząc, że przez to sam wpadnie:) A folia prawdy została schowana - jeszcze na pewno nam się przyda...

piątek, 27 sierpnia 2010

dziecięce rozmówki




Na początek zdjęcia, które miały być na końcu, ale coś mi się tu krzaczy, no i nie działa tak,  jak powinno. Mniejsza z tym - zdjątka są, a gdzie, to już nieistotne.

Kuzynka smyka mego przyjechała do babci. Jest więc piętro niżej, a co za tym idzie, dzieciaki - rówieśnicy w zasadzie, widzą się każdego dnia. Ich miłość wzajemna objawia się w tym roku kłótniami, biciem, skarżeniem, współzawodnictwem. Dochodzi do tego oczywiście spacerowanie za rączkę, zabawa w dzidziusia (!), przytulaski. W uczuciowości swojej przechodzą z jednej skrajności w drugą, no i tak naprawdę można oszaleć momentami, ale trzeba być dzielnym;) Dobrze, że melisy w ogrodzie nie brakuje... Czterolatki te charakterne są dosyć, a co za tym idzie, trzeba im serwować co jakiś czas dłuższe momenty odosobnienia. Wtedy i miłość między nimi jest większa, i w zgodzie bawić się potrafią nieco dłużej. Dziś, po porannych szamotaninach mieli postawione pod znak zapytania popołudniowe spotkanie. Jako że i ja miałam trochę pracy do pracy, a co za tym idzie, sporo siedzenia przy laptopie, nawet na rękę było mi to odosobnienie. Co prawda zamierzałam zejść do sąsiadki na małą kawkę, ale smyk nie musiał o tym wiedzieć. W którymś momencie młody przyszedł do mnie, podparł się o framugę i z miną mędrca, a zarazem smakosza stwierdził: "Mamunia, wiesz co, tak sobie myślę, że może wyskoczylibyśmy do babci na małą kawkę..." Zasugerowałam mu delikatnie, że kawka, jak już, to dla mnie, dla niego soczek, ale ja kawkę akurat piję, a do babci nie pójdziemy z dwóch powodów - jego kary i mojej pracy. Młody nie poddawał się: "Wiesz co, myślę sobie, że jednak mała kawka by nie zaszkodziła... "Cwaniak, dobrze kombinował - ja na kawkę, on na wariacje z młodą. Byłam nieugięta. Po jakichś 20 min dziecię ponownie było przy mnie: "Wiesz co, jak nie pójdziesz na kawkę do babci i mnie ze sobą nie weźmiesz, to z kim ja biedny będę się bawił? Zastanów się trochę mamuniu, dobrze? Tylko wymyśl wszystko dobrze, to ważne". Zasugerowałam mu, że już wymyśliłam i nigdzie nie pójdziemy. Na co młodzieniec, w akcie desperacji znów przystąpił do ataku: "Jak nie pójdziemy na dół do dziewczyn, to z kim ja się będę bawił". No ze mną, to oczywiste, prawda? Dziecko podeszło do mnie, złapało mnie za twarz i zogromną szczerością podsumowało: "Wiesz co mamuniu, świetna z ciebie kobieta mojego życia, ale ja mam ochotę pobawić się z dzieckiem. Chodźmy więc do babci". No i poszliśmy. 

sobota, 7 sierpnia 2010

lot motolotnią


Spontanicznie podjęta decyzja zaowocowała niezapomnianym lotem motolotnią. We cztery (baby odważniejsze od facetów!) postanowiłyśmy w ubiegłą sobotę skorzystać z miłej propozycji naszego znajomego. Mamuśka ostatecznie zrezygnowała, gdyż zestresowała się brakiem bocznych zabudowań. Ale i tak podziwiam ją za to, że w ogóle poważnie myślała o tym locie.
Poszłam na pierwszy ogień.Było cudownie, fantastycznie, pięknie. To niesamowicie, jak ślicznie z góry wszystko wygląda. Od momentu, gdy tylko usiadłam na ślicznotką, banan z mojej gębuli nie schodził. Po prostu chciało się przez cały czas uśmiechać. Moment oderwania od ziemi był niesamowity. Aż dech w piersiach zapierało. A potem oglądanie z lotu ptaka tego, co zostało w dole - same zachwyty. Emocje, które ciężko opisać. Ale wiem, że tam w górze czułam się niesamowicie szczęśliwa. Już wiem, że na pewno to jeszcze powtórzę.



środa, 4 sierpnia 2010

wianek

U nas wciąż gościnnie, czasu wolnego właściwie w ogóle, toteż wklejam tylko fotkę wianka, który zrobiłam w zeszłym tygodniu i tyle. Trochę drucików, trochę zasuszonej trawy, trochę lawendy, no i przede wszystkim szyszki - wyszło co wyszło, ale trzyma się, nie spada, a przy okazji bazą będzie do kolejnego sezonowego ozdabiania.


Pogoda od dwóch dni jest dziwna - deszczowo - duszna, niżowe klimaty mi się włączają. Poza tym, jak nie spojrzeć, sierpień już mamy, a to oznacza zbliżający się koniec wakacji. Dla mnie sierpień właśnie taki jest - nie odbieram go jako środek wakacji, ale końcówkę, finiszowanie... no i znów od początku.

Dyskusja powodziowa w komentarzach się rozwinęła. Myślę, że nie powinno tu chodzić o łapanie za słówka i rozbieranie tego wszystkiego na części pierwsze. Skoro są różne oblicza problemu, to nie ma co się roztkliwiać i okrywać wszystko niewidocznym woalem. Mniejsza z tym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i tyle.

czwartek, 29 lipca 2010

kotleciki chlebowe

Co zrobić, gdy mamy nadmiar chleba, albo jest on już czerstwy? Ot, po prostu kotleciki chlebowe. Super proste i bardzo, bardzo dobre.
Chlebek należy począstkować, namoczyć w mleku, które następnie należy odcisnąć. W międzyczasie należy poddusić pokrojoną w kosteczkę cebulkę i różne dodatki, zależne od fantazji, np. ogórki, paprykę, wędlinkę, pieczarki, co kto lubi i uważa za słuszne. Wyciśnięty chleb łączymy z zawartością podduszonych składników (można dodawać też starty ser żółty, kukurydzę i co tam komu w duszy gra), jajem, przyprawami i wykonujemy takie czynności, jak przy robieniu kotletów mielonych. Kotleciki te zawsze się udają, zawsze smakują, a ktoś, kto ma okazję jeść je pierwszy raz nie jest w stanie odkryć, z czego one są i to jest najfajniejsze - chcąc odkryć ich "tajemnicę" sięga po kolejny i kolejny... no i tak znikają w tempie błyskawicznym.
Dziś zrobiłam wersję prostą - poddusiłam cebulkę z korniszonami, dodałam dwie łyżki koncentratu pomidorowego, no i ukulałam cały półmisek kotletów. Nie ma obawy, że jest ich za dużo - znikną szybciej, niż można by się spodziewać;)


Pod moim ostatnim postem Los Alpaqueros napisali mądry komentarz:) Macie rację, najfajniej jest być zawsze poprawnym politycznie. Tylko ta poprawność wcale nie jest związana ze szczerością, z prawdą. A ja nie muszę i nie chcę być fajna. Przecież nie o to chodzi. Ludzie wciąż boją się trudnych tematów. Wolą słodkie ciumciurumciu, niż zmierzyć się z prawdą. Dziwne to, naprawdę. Macie też rację (czoła chylę za odważną opinię) - na większości blogów też poprawność jest preferowana ponad wszystko, bo przecież lepiej jest być fajnym, niż od czasu do czasu kontrowersyjnym, wychodzącym poza szereg. Jakoś dziwnie kojarzy mnie się to z dulszczyzną, kołtunerią... A każdy medal ma dwie strony. Więc może dobrze by było przyjrzeć się od czasu tej drugiej, ciemniejszej stronie.

wtorek, 27 lipca 2010

drzewko i nadużywanie pomocy

Aby zachować na dłużej klimat urlopowy, przywiozłam całą torbę szyszek, które pomagał mi zbierać synek i jego piaskownicowa koleżanka. Postanowiłam zrobić drzewko, czy coś tam innego - jak zwał, tak zwał, które w zależności od pory roku będzie otrzymywało różne dodatki. Pomysł mało oryginalny, bo pełno tego po necie krąży, ale co tam, w końcu wykonanie moje;)
Jako podstawę postanowiłam wykorzystać stary wiklinowy klosz.


Przyczepiłam do niego za pomocą nitki szyszki, zostawiając między nimi niewielkie wolne przestrzenie na późniejsze dodatki. całość osadziłam na... stelażu z baldachimu do łóżeczka, który kiedyś miał młodzieniec. No a wszystko to wkopane jest do doniczki, wypełnionej piaskiem i szyszkami, którą pomalowałam metodą suchego pędzla. Od spodu lampowego drzewka przyczepiłam ususzoną trawę ozdobną, której patyczki wsadziłam także do doniczki. No i tak sobie powstało moje pamiątkowe mazurskie lampowe drzewo, które stoi dumnie przed drzwiami wejściowymi.

Miał jeszcze powstać wianek na drzwi, ale po 2 dniach prób zrezygnowałam. Nie mam pomysłu, jak je przyczepić, aby nie spadały. Tak więc resztę szyszek poupychałam do doniczek, licząc na to, że może kiedyś mnie oświeci i uda mi się zrobić szyszkowy wianek, który się nie rozpadnie w chwili, gdy będę go chciała zawiesić:)

Kilka dni temu przyjechał do nas K. z super rzeczami. Dostałam od niego starą wagę z fantastycznymi odważnikami - całość jest do oczyszczenia, odświeżenia, ale i tak prezentuje się rewelacyjnie. Na razie stoi w piwnicy, a co za tym idzie, nie chce mi się tam teraz schodzić, coby fotkę strzelić - przy okazji to zrobię. Kolejna rzecz, którą dostałam, to śliczny młynek. Jest piękny, nie potrzebuje większego odnawiania, dlatego już teraz dumnie pręży się na kredensie obok innych młynków. Kiedy wezmę się wreszcie za odnawianie kanki i w/w wagi, także i to cacuszko odświeżę.


Dziś u nas, zapewne jak w większości miejsc, pochmurno i lekko deszczowo. Przygotowałam już sobie deskę do prasowania i zaraz biorę się do roboty. Niestety, ta robota tym razem nie może być odłożona. Skończyły mi się wymówki, że upał i nie da się stać przy żelazku. Tak więc czeka mnie bardzo upojne popołudnie. Już normalnie palę się do roboty:( - co zresztą widać, bo zamiast prasować, siedzę przy laptopie, ale każdy pretekst jest dobry, byle tylko nie robić tego, czego się nienawidzi. Śmieję się, że mogłaby przyjechać teściowa, która zawsze, gdy jest u nas, szuka jakiejś roboty, no i najczęściej bierze się za prasowanie. A wtedy, wszystko to, co znajduje się na dnie kosza - do wyprasowania kiedyś tam - odnajduje światło dzienne. No, ale teściowa nie przyjedzie, muszę sama dojść do dna, bo nikt tego tym razem za mnie nie zrobi.
Tak więc biorę się do roboty:(

Zanim jednak wezmę się za to znienawidzone prasowanie, jeszcze krótką refleksją rzucę, bo tłucze się to mi po głowie od jakiegoś czasu. Wszystko to dzięki naszemu znajomemu, który zaangażował się w pomoc powodzianom w odbudowie ich domów itp. Ukazał nam inny aspekt tragedii, która inaczej przedstawiana jest w telewizyjnych migawkach, a nieco inaczej wygląda w rzeczywistości. Okazuje się, że dla wielu z tych ludzi (jeśli nie dla większości) potęga nieszczęścia stała się także możliwością do robienia niezłych interesów. Ci, którzy naprawdę są w potrzebie to najczęściej osoby starsze, samotne, które z reguły nie potrafią prosić o pomoc. Pozostali z reguły są kombinatorami. Używane ciuchy z darów? - beznadzieja, to na odrzut, lepiej brać od firm ciuchy nowe, które licznie napływają. Na ciuchach tych można się nieźle wzbogacić. Biznes też można zrobić również na środkach czystości. Proszki do prania, płyny, mleczka itp. - wszystko to jest dobrych marek - bierze się to w ilościach hurtowych (kto zużyje 5 kg proszku w 2 dni? tym bardziej, że ciuchy raczej się wyrzuca, a nie pierze!), potem robi się mały składzik - magazynek z różnymi środkami, które następnie elegancko się sprzedaje. Zysk jest czysty - produkty otrzymane są przecież za darmo, a upłynnić można po lekko niższej cenie niż normalnie w sklepie. Kasa sama płynie. Biznes się kręci.
Przykre to jest, bo tak naprawdę nikt nie jest tego w stanie kontrolować. Kombinatorzy byli i będą. Skoro się należy - biorą tyle, ile się da, nikt nie zabroni. Później przed kamerami te same osoby płaczą, że nie mają pieniędzy, że wszystko utraciły, że żyć się nie chce... Zresztą, kamer nie potrzeba, wystarczy głośno mówić - to jest uszkodzone, to zniszczone, tamto do naprawy (choć wcale nie było wcześniej używane, ale co tam - można podkręcić wyliczankę!)
Ja wierzę, że tak jest, że stracili. Ale wiem też, że niejednokrotnie ci, którzy nie potrzebują, albo potrzebują, ale niekoniecznie na taką skalę, jak mogłoby się to wydawać, biorą ile wlezie i się wzbogacają. Wiem też, że są osoby, które wyolbrzymiają swoje straty, zaliczając do nich rzeczy, które i tak były bez użytku, często pozostawione do wyrzucenia, a jednak chętnie korzystają z pomocy, bo skoro się należy, to dlaczego nie wyciągnąć ręki...
Ta powódź znów odkryła różne ludzkie oblicza. Pokazała naciągaczy, kombinatorów i leniuchów. Tak, leniuchów, bo jak nazwać tych, którzy wolą przed sklepem kolejne piwko pić, zamiast zakasać rękawy i wziąć się chociażby do zbijania zamokniętych tynków? Oni piją, siedzą, nic nie robią, bo po co mają się przemęczać, skoro od roboty mają wolontariuszy. Po to jest wolontariat - przyjdzie, zrobi, posprząta, a pan sobie elegancko poleży, pomarudzi, piwko wypije, pokombinuje.
W innym domu siedzi samotna babcia, która nie ma siły do pracy, ale kroczek po kroczku, sprząta obejście, bierze z darów tylko tyle, ile naprawdę potrzebuje, nie naprasza się o pomoc.
No i cóż, znów potwierdza się ta odwieczna prawda - ci, którzy naprawdę potrzebują, nie krzyczą, nie wołają. Oni skromnie pochylają głowę i sami pomagają tym, którzy przyszli do pomocy.
Smutne to jest, bo wbrew pozorom nasze dary najczęściej nie trafiają wcale do tych najbardziej potrzebujących, tylko do tych krzykaczy, którzy łokciami drogę sobie torują. Oni krzywdy nie dadzą sobie zrobić, oni na tym nieszczęściu zbudują swoje zakłamane królestwo.

poniedziałek, 19 lipca 2010

pourlopowo


Pourlopowo znaczy, że w domu masa roboty - plewienie, koszenie, zbieranie zbiorów... Ale już, już prawie się z tym uporaliśmy. Nawet wczoraj napełniliśmy baniaczek białymi porzeczkami na winko. Hmmm, szkoda, że trzeba na to tyle czasu czekać;)

A jeśli chodzi o urlop... cóż, ja już tęsknię. Kocham to miejsce, w które jeździmy każdego roku. Zjeździłam całe Mazury i zatrzymałam się na Warmii w Kretowinach. Teraz tam wypoczywamy, bo to miejsce, w którym można znaleźć wszystko to, czego potrzeba - jeśli ktoś chce spokoju, znajdzie go na pewno; jeśli ktoś chce ludzi i odrobiny wakacyjnego hałasu - też to osiągnie. Kretowiny ze swoim pięknym jeziorem to dla mnie przystań, w której chciałabym kiedyś zatrzymać się na dobre - no, ostatecznie gdzieś w pobliżu:)
Kiedyś jeździłam tam z przyjaciółką pod namiot. To było życie! Jeździłyśmy na całe wakacje - dopóki pieniędzy starczyło (radziłyśmy sobie na różne sposoby, aby przedłużyć pobyt - np. zbieraniem butelek po piwie - nawet ze śmietników! - i ich sprzedawaniem, z tego też tam słynęłyśmy). Do końca roku z nostalgią wspominałyśmy te dwa miesiące. Od stycznia zaczynałyśmy już planowanie wakacyjnego wypadu. Dwumiesięczne ładowanie akumulatorów musiało nam wystarczyć na pozostałą część roku.
Teraz trochę się to pozmieniało. Akumulatory ładować trzeba w przyspieszonym trybie - dwutygodniowym. Oj, ciężko jest wracać. Ale sam pobyt, moment przyjazdu - to jest jak zachłyśnięcie się powietrzem po zbyt długim pobycie pod wodą. I tak naprawdę nie jest ważne, czy jest tam ładna pogoda, czy deszcz. Tak naprawdę przyjeżdża się tam dla samego miejsca, dla atmosfery, dla samego bycia i ludzi - starych (także powracających) i nowych (też wrócą na pewno!). Niektórzy śmieją się już z tej mojej kretomanii, ale prawdą jest, że w miejscu tym można się zakochać. Zresztą, kto kocha jeziora, pokocha również i to. Zaraziłam tym miejscem M. mojego, pokochał je nasz synek. Nad morze nikt z nas nie chce jeździć. Robimy sobie co prawda całodniowe wypady nad morze, ale nie, oj nie - chcemy wracać nad jezioro, bo tam dla nas jest lepiej, magiczniej, bardziej swojsko.
Obudziliśmy się razu jednego z M. ok. 3.30, bo Młodego przez bolący paluszek niespokojności senne ogarnęły, no i tak po uspokojeniu go, wyjrzeliśmy przez okno. Patrzymy, a tu, zaraz przy naszym domku stoi sobie bocian - dumny, piękny. Niestety, nie udało nam się zrobić mu fotki, ale widok był naprawdę dla nas niesamowity. Przechadzał się później przed domkiem naszym, robił obchód wokół innych. Szkoda, że nie udało nam się tego uwiecznić.
Za to dwa dni później wynagrodziliśmy sobie brak bocianiego zdjęcia wiewiórką, która przysiadła na drzewie obok domku naszego. Tak przez dwa dni do nas przychodziła, ślicznotka jedna!


Łabędzi oczywiście także nie brakowało. Chleb więc nie miał prawa się zmarnować, wszelkie resztki szły dla kaczek i rodziny łabędziej.


Nadmorski pobyt przyniósł nam też - oprócz wiatru, słońca i piasku - sporo ubawu. Traktor, przejeżdżający przez plażę stał się dla wszystkich wczasowiczów super widokiem.


Ale i tak nie ma to jak jeziora - morze morzem, a jezioro jest dla nas ponad wszystko;)
Uwielbiam zachody słońca nad jeziorem. Mogłabym godzinami się w nie wpatrywać - hm, szkoda, że tak się nie da, bo to chwila przecież, ale jaka chwila!


Mogłabym tak długo jeszcze wzdychać, achać i echać, ale co to zmieni? Wróciliśmy już z tego magicznego dla nas miejsca i tak już pozostanie. Jedynie zanucić sobie można: "znajdziesz tam cel swojej drogi, wrócisz tu za rok, wrócisz tu za rok...". My cel znaleźliśmy i wrócimy, na pewno wrócimy, szkoda tylko, że faktycznie dopiero za rok. Ale może dzięki temu bardziej docenia się to miejsce, jego magię, niepowtarzalną specyfikę.
No dobra, koniec na dziś tego nostalgicznego trucia;)

czwartek, 24 czerwca 2010

śwęto okrojone

Pierwszy raz Dzień Ojca obchodziłam na cmentarzu. To było zawsze nasze wspólne święto, wymienialiśmy się życzeniami, a teraz jakoś tak dziwnie, jakoś smutno i pusto, bardzo pusto... I cóż mogłam ofiarować? - tylko znicz zapalony na grobie. W tym roku sama przyjmowałam życzenia. Za szybko to się stało.
Młodzieniec upodobał sobie w przedszkolu jednego Dziadka, który przychodzi po swojego wnuczka. Zawsze z panem Dziadkiem rozmawia, gdy go jeszcze nie ma, wpatruje go z niecierpliwością. Rozmowy oczywiście są bardzo męskie;) Sympatia chłopaków jest obustronna, to widać. Rozmowy są rewelacyjne, a Młodzieniec pana Dziadka traktuje faktycznie jak kogoś bliskiego. No i w sumie nie mam co się dziwić. Nie ma już żadnego dziadka. Jednego nigdy nie poznał, bo zmarł dawno temu. Drugi odszedł niedawno, pozostawiając smyka rozkochanego w sobie. Teraz malec szuka tego, którego już nie ma u innych - panów Dziadków.

Późnym popołudniem wczoraj chmurzyło się dosyć mocno. Ale jeszcze wyszłam do ogrodu po truskawki. Wzięłam aparat, aby uwiecznić jaśmin, który rozkwitł na potęgę. Aż się japa sama uśmiecha do niego.
Koty też chciały się pozdjęciować, więc uwieczniłam je, czemu nie. Łobuzy jedne, drapią sąsiadce z dołu drzewka. Ta je goni i psioczy, że niedobre, że wstręciuchy. Ale jak upolują jakieś zwierzę - szkodnika, to wszystko jest ok.
Hm, szkoda, że to "lubienie" jest tylko w chwilach potrzeby, pożytecznych. A Tato zawsze mówił, że zwierzęta trzeba kochać, bo dają nam tyle, ile my im - ba, nawet więcej:) Święte słowa.


Łobuziaki dwa, zawsze przy nodze, wierne jak psiaki. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę, a już lecą po swoją porcję "głasków". Wśród mruczeń i ćwiczeń "rozciągających" dają ze sobą robić prawie wszystko, byle tylko je myziać. Chętnie pozują też do zdjęć.
A tu Plamka kuka ze skalniaka i Kropek między drzewami. Każdy z tych kotów ma swoją historię. Bez nich dom nie jest domem. Przynajmniej dla mnie. Niech więc będą ze swoim drapaniem i przymilnym mruczeniem.

wtorek, 22 czerwca 2010

weny brak

Czerwiec to dla mnie gorący czas. I wcale nie chodzi mi o pogodę, choć kilka dni słonecznych było. Na tyle słonecznych, że wylegiwałam się na leżaczku z książką w ręce i łapałam każde promienie słoneczne. No i złapałam - po to chyba, żeby teraz skóra ze mnie elegancko obłaziła.
Gdzieś między palcami mignął mi maj - cudny maj z reguły, choć może nie w tym roku. Kalina przekwitła, ale jeszcze uwieczniłam kiście kwiatów - taka piękna była.


Podczytuję w wolnych chwilach inne blogi i wstyd mnie ogarnia, bo u innych tyle nowości powstaje, a u mnie nic ostatnio- praca, a po pracy w wolnych chwilach książki. Jak już wpadnę w amok, to nic mnie nie odciągnie od czytania. Dlatego nie piszę nic, bo jakoś wena twórcza mnie opuściła ostatnio skutecznie dosyć.
W tym roku zaniedbałam moje uprawy. W zasadzie poddałam się, bo wszystko co posiałam, zgniło. Nie ma przy czym chodzić, więc siedzę, na wspomnianym wyżej leżaczku i czytam. Jedynie skalniakowe zieloności zachwycają. Uwielbiam sukulenty, szczególnie jak zakwitają, bo wyciągają te swoje ukwiecone łebki do góry i oglądają świat wokół siebie. Są cudne, a przede wszystkim takie proste w uprawie. Zresztą, jakiej uprawie? - one same się uprawiają i to jest najlepsze!


Lawenda też cudnie zakwitła. Marzy mi się zrobienie mini lawendowego pola. Mam hopsia na punkcie lawendy i jej zapachu.


Napisałam tu dziś chyba tylko dla zasady, bo nic mądrego nie stworzyłam. Nawet zdjęcia są jakieś trzy tygodnie przeterminowane. Mniejsza z tym - byle do wakacji:) A one tuż, tuż...

czwartek, 10 czerwca 2010

jak pech, to pech...

Dziś bez zdjęć, optymistycznych wstawek, świergotów ptaków. Ptaki dziś dla mnie drą ryje, dzień jest do kitu, a na zdjęcia nie ma ochoty. I pozwolę sobie na cytat, choć niecenzuralny, ale dzięki niemu jakieś światełko w tunelu zauważam: "jeszcze tylko małe wpierdol w domu i wakacje". Byle szybciej, bo mnie nosi. Byle szybciej, bo eksploduję, bo pechowisko jakieś wylęgło mi pod nogi.
Najpierw, w zeszłym tygodniu, złamałam w odkurzaczu element, na który nakłada się worek - co za tym idzie, chwilowo nie mogę odkurzać. Wczoraj baba, babiszon, babsko jedno paskudne oszukało mnie na truskawkach. W sumie nie majątek, ale zamiast 4 zł, zapłaciłam 8 zł za kg... przez moją naiwność okrutną. Nie miałam klepaków, więc dałam kobiecinie 10 zł, a że ręce miałam zajęte, aby łapać jeszcze resztę, nadstawiłam portfel, aby do niego wrzuciła. Dopiero przy aucie coś mnie tknęło. No i elegancko - zamiast mieć 6 zł w klepaciarni, miałam tam 2 zł. Nienawidzę takiego jawnego oszustwa. A jeszcze bardziej nie lubię u siebie, na dzień dzisiejszy, pełen wściekłości, tej durnej naiwności.
Żeby wszystko było skompletowane, dziś rano elegancko porysowałam auto. Ale tak do bólu, że jedna listwa boczna odpadła i szlag ją trafił, druga dyndała sobie na samych kabelkach od bocznego migacza. Po prostu RE-WE-LA-CJA!!! Na dokładkę dosłownie przed chwilą zadzwonił M., bo się okazało właśnie, że chyba nie pojedziemy na wakacje...
Jakoś chwilowo nie wierzę w cudne słowa "jutro też jest dzień, jutro będzie lepiej"... Jakoś chwilowo jestem przepełniona wściekłością na wszystkich i na wszystko.

czwartek, 27 maja 2010

ciągle pada...

Pada, pada, pada... Z przerwami, owszem, ale co z tego, skoro deszcz w tego roczny maj jest niejako awansem wpisany. Nic praktycznie w warzywniaczku mi nie rośnie. A jeśli nawet urosło, to w większości zmarniało. Cóż, w tym roku nie poszalejemy ze zbiorami. Mówi się trudno.

Dostałam dziś kolejny numer Country. Ech, byle do wieczora - rozsiądę się z herbatką w ręce i odpłynę, bo jest co czytać, oglądać i czym się zachwycać. Przynajmniej tyle mogę, a co! Sama nie mam, to choć poczytam, co inni mają:) A mają - takie cudne domy, ogrody, pasje, a przy tym są tacy normalni, zwyczajni.
Fascynują mnie tacy ludzie - mają wszelkie podstawy do zarozumialskiego obdzierania nosa o sufity, a pozostają prości, czyści. No i tak trochę odbiegając od Country - polecić chciałam blog ludzi, którzy właśnie mnie zafascynowali. Pasję mają niesamowitą i żyją na pięknych terenach. A blog ten to: http://duoart.blogspot.com Warto trochę się tam rozgościć, chociażby dla samego podziwiania alpak - przepięknych!

Coś się plączę, ale nie mam dziś weny twórczej. O czymś zupełnie innym pisać chciałam.
Tak sobie poczytałam komentarze do mojego ostatniego wpisu, no i refleksja pewna mnie naszła. Mała, skromna taka. Złośliwostka się pojawiła. Szkoda, że nie jest podpisana. Blog otwarty jest, ma to do siebie, że z założenia dostępny jest dla wszystkich, którzy chcą czytać. A skoro czytają, to czasami komentują. Nie manipuluję komentarzami. Bo nie byłabym szczera. Sama jednak nie lubię być manipulowana. Ot, to tyle odnośnie mojej refleksji. Miło mi jednak, że od czasu do czasu ktoś tu zaglądnie, podglądnie, poczyta, skomentuje:) Zresztą, dzięki temu mojemu blogowaniu się, zajrzałam w wiele pięknych miejsc, u wielu ciekawych ludzi zagościłam. Wirtualnie, owszem, ale co to za wizyty były!:)

Wielka powódź nas nie osaczyła. Deszcze jednak, jak pisałam na początku, skutecznie poniszczyły to, co zostało posadzone w warzywniaczku. Również nas stawik znacznie się powiększył, zamieniając się w dużą brejowatą wodę.


W "lesie" naszym wyrósł też grzyb. Sąsiadka z dołu triumfalnie nam go przyniosła i do fotografii stanęła;) Tato byłby zachwycony - zawsze szukał u nas grzybów, a tu bęc, w tym roku wreszcie jeden się pojawił. Ten jedyny okaz, jaki udało się znaleźć, trochę nadgryziony przez ślimaki jest. Ale oko pocieszył. Na cele konsumpcyjne nie został spożytkowany, tylko rozrodcze. Kto wie, może kiedyś będziemy chodzić do ogrodu z koszykami na grzybobranie?! :):)

No i na koniec, muszę, muszę coś pokazać:) W przedszkolu u dziecięcia mojego panie wywieszają prace dzieci i każdy rodzic może sobie pooglądać to, co jego pociecha stworzyła. Maluch nasz jest w najmłodszej grupie i ich prace są głównie farbkowo - kredkowe. Jedne są lepsze, inne dobre inaczej (dziecko nasze jest raczej w tej drugiej kategorii). Synuś nie ma talentu malarskiego, zdecydowanie, ale stara się ogromnie, a my z kolei staramy się ambitnie podążać tropem jego wyobraźni. Jeśli jest coś do pokolorowania, to zdecydowanie daje radę. Otrzymałam od niego piękną laurkę na Dzień Matki. Nieco inaczej jest, gdy rysują, malują coś samodzielnie. W zbiorowisku wywieszonych prac innych dzieci zawsze wiemy, w którą stronę patrzeć, aby odnaleźć dzieło naszego dziecka. Im większa abstrakcja, tym bliżej jesteśmy odnalezienia jego pracy. Tym razem temat brzmiał "Moja Mama". Zrobiłam zdjęcie telefonem, dlatego jego jakość pozostawia wiele do życzenia. Nie chodzi tu jednak o jakość, ale o to, co młodzieniec narysował. Rozłożył mnie na łopatki... hm, ciekawe, ciekawe:) Dobrze, naprawdę dobrze, że temat pracy został napisany, bo potrzebowałabym tłumacza. Co się dzieje z moją wyobraźnią???!!!:)

Jestem ubrana w sukienkę, na której m.in. jest narysowana żyrafa, która była w ZOO. Nie nadążam za wyobraźnią tego dziecka:) Ale wszystko przede mną, muszę trochę poćwiczyć!

poniedziałek, 17 maja 2010

trochę o przyjaźni

Za oknem pada, w zasadzie to leje - bez przerwy, w różnym nasileniu. To nie nastraja mnie optymistycznie. Jakieś ponure myśli ze mnie wychodzą. Przy takiej pogodzie tracę całą werwę, chęć życia, optymizm. Zbiera mi się na smuty, na narzekanie. Więc ponarzekam trochę, trudno, co mi tam...
Gdy trzy lata temu zdecydowaliśmy się na opuszczenie Śląska, zostawiliśmy tam tak naprawdę wszystko. Pracę, mieszkanie, rodzinę, przyjaciół, znajomych. Był to swoisty sprawdzian dla przyjaźni. Przyjaciele pozostali - to najważniejsze. Tutaj, poza domem, Sąsiadką z dołu i małym fragmentem rodziny oraz pracą, nie mamy nikogo. Trzy lata mieszkamy i w rzeczywistości nie mamy znajomych. Praca jest pracą, ludzie z pracy są na chwilę. Przynajmniej dla mnie. Z nikim nie potrafię wejść w taką zażyłość, która pozwoliłaby mi umówić się na najzwyklejszą w świecie popołudniową kawę z ploteczkami. Są momenty, kiedy mi tego brakuje. Czasami - jak dziś, kiedy leje, kiedy M. znów wyjechał na dni kilka - chciałoby się z kimś spotkać, pogadać o bzdurach. Brakuje mi więc niekiedy jakiejś bratniej duszy tutaj, na miejscu. Nie wiem, może to moja wina, że nie spotkałam tu nikogo, z kim chciałabym/potrafiłabym się zaprzyjaźnić - to chyba nawet za wielkie słowo. Wyszłam chyba z założenia, że przyjaciół już mam - takich prawdziwych, na których mogę liczyć, mimo dzielących nas kilometrów i nie potrzebuję tutaj nikogo takiego. A jednak... jestem bytem stadnym, nie potrafię tak w samotności. No i żeby się nie zapętlić - z jednej strony jest mi tak dobrze. Mam tu to wszystko, co potrzeba, co chciałam mieć - rodzinę, dom, pracę. Z drugiej strony - przyjaciół mam, ale daleko; na miejscu - nie licząc pracy i sąsiadki - nie ma do kogo gęby otworzyć. Hm, może to moja wina - jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Śpi mi się dobrze, nie przeczę. Znajomi, przyjaciele przyjeżdżają do nas, my do nich. Jednak na te przyjazdy trzeba się umawiać, bo to już nie - pyk, chwila moment i już jesteśmy u siebie. Teraz jest to cała wyprawa. Wyprowadzając się, zostawiliśmy tych, którzy byli nam najbliżsi i brakuje mi ich tutaj. Czas spontanicznych wypadów do knajpki, nasiadówek nocnych, gadulców o niczym minął, niestety. Samotny w tłumie - świetna diagnoza.

W tym momencie zalewa naszych przyjaciół z Bielska. Czuję się bezsilna, bo nie możemy w żaden sposób im pomóc. Jedynie rozmowy przez telefon, jakieś słowa otuchy i to wszystko, co możemy zrobić. Przydałaby mi się magiczna różdżka, za której sprawą przeniosłabym się do nich i choć trochę pomogłabym im w tej walce. Chciałabym ich przytulić, potrzymać za rękę i powiedzieć, że będzie dobrze, bo przecież będzie. Zła jestem na siebie, na tę bezsilność. Ja siedzę sobie tutaj, w ciepłym domu, piję gorącą kawkę, nosa nie chce mi się wystawiać poza drzwi - muszę jednak, bo zaraz po brzdąca do przedszkola trzeba jechać - a oni tam walczą, martwią się, ile jeszcze to potrwa, czy ich dom to przetrwa...
Wierzę, że będzie dobrze, na pewno. Trzymajcie się tam kochani, jesteśmy z Wami. Ten deszcz w końcu musi przestać padać. Musi, no!

środa, 12 maja 2010

paskudztwo ogrodowe i nieco ładniejsze migawki

Z mleczy pozostały już dmuchawce... latawce, wiatr;)

Dziś, podczas moich pobieżnych prac okołoskalniakowych, zerknęłam do oczka, które wymaga czyszczenia. No i jak zerknęłam, tak się zdziwiłam. Zobaczyłam, że pływa tam rozpaczliwie jakiś zwierz. Paskudny zwierz. Duży - jakieś 5 cm - z łapkami, czymś w rodzaju pancerzyka... Zawołałam Mamę, która lubi się fascynować takimi paskudztwami. Pierwszy raz na oczy coś takiego widziała. Jako, że zwierz ten, po jakiejś godzinie wydostał się na półeczkę oczka, której woda nie pokrywa, mogłyśmy się mu lepiej przyjrzeć. W dalszym ciągu nie wiedziałyśmy, co to jest. Ani chrząszcz, ani nawet rak - jak sugerowała sąsiadka ma szanowna. Sąsiadka "zza płota" też nie miała pojęcia co to jest. Jednak ze względu na bezpieczeństwo Młodzieńca, postanowiłyśmy paskudę złapać do słoika z wodą i przechować do przyjazdu M. - czyli do piątku - albo przeżyje, albo zwłoki będzie oglądał. Zdjęcia zwierzowi pierdyknęłyśmy, M. mms-em wysłałam, który wkrótce przesłał wieść, że wie, cóż to za dziadostwo. Kolega mu powiedział, że u niego w ogrodzie plaga tego była. To paskudztwo to turkuć podjadek! Mój Boże, jaka uboga moja wiedza jest, skoro nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle może istnieć i zżerać nasze plony:)


Poczytałam pobieżnie o tym turkuciu na necie. Niby napisali, jak się go pozbyć... hm, czy oprócz wyszukiwania gniazd są jakieś łatwiejsze sposoby? No i nie wiem najważniejszego - czy to COŚ może zrobić krzywdę człowiekowi. Konkretnie chodzi mi o Młodzieńca. Czy TO może ugryźć??? Zwierz jest spory i wcale na przyjemniaczka nie wygląda. No i nie chciałabym, aby do Malucha mi się przyssał.

No, a teraz trochę ogrodowo z elementami chwastowymi, które wciąż gdzieś się pojawiają - świntuchy jedne! Ale nawet chwasty są milszym widokiem od typka turkucia;)


... i kilka migawek stawu M., który wciąż się tworzy:)


To tyle na dziś, bo dziecię spać trzeba położyć. Mnie po głowie i tak wciąż chodzi turkuć podjadek - FUJ!!! - dobrze, że nie dosłownie!!!