odwiedzinowo

niedziela, 20 lutego 2011

urodziny

Młodzieniec pojutrze ma urodziny, w związku z tym, mała imprezka na dziś została przewidziana. Mała, bo i chory nadal, z dziećmi ostatnio kontaktów w zasadzie nie ma. Ograniczyliśmy się więc do rodzinnego spotkania, z dodatkiem chrzestnego i znajomych z kolegą młodzieńca. Sąsiadka z dołu wczoraj rano upiekła ciasto, zrobiła mega tort. My też od wczorajszego poranka w kuchni szaleliśmy, przygotowując różne jedzeniowe gadżety. W połowie roboty okazało się, że babcia - prababcia jest bardzo chora, no i rodzinka odpadła z imprezy - babcia z ciocią i wujkiem musieli dziś nad ranem jechać do mamy swej. Chrzestny "odpadł" kilka dni wcześniej - nie mógł przyjechać tym razem. Zostali znajomi - nasz ratunek imprezy urodzinowej.
Rodzinka, nie chcąc zostawiać dziecięcia na lodzie, postanowiła wczoraj wpaść na trochę. No i dobrze, bo to zawsze jakaś rekompensata. Jakaś, bo przecież wszystkie gadżety miały być dziś. Ale cóż - babcia-prababcia w tym momencie jest ważniejsza, to zrozumiałe. Było jednak ciacho, były życzenia i prezenty. Młodzieniec się cieszył, a jeszcze bardziej się cieszył, że przyjedzie do niego następnego dnia kumpel, że będzie ciocia i wujek, że w okrojonym składzie, ale jednak poszalejemy, zdmuchnie świeczkę z cyfrą 5, wymyśli życzenie, poszaleje z kolegą.
Niecałą godzinę temu znajomi zadzwonili z informacją, że jednak nie przyjadą - dziecko im się rozchorowało...:( No i wszystko się posypało. Jakaś durna złośliwość losu. Trzeba było młodzieńcowi powiedzieć, że już żadnych gości nie będzie, że tylko we trójkę spędzimy ten dzień najlepiej, jak tylko się da, że razem zjemy ciasto, tort.
Ale nas ma na co dzień, a urodziny i swoją imprezę tylko raz w roku... bez łez się nie obyło. Mnie klucha w gardle urosła do niebotycznych rozmiarów. Tak się cieszył na ten dzień, tak sobie planował, w co będzie się bawił, a w zasadzie w przeciągu jednego dnia wszystko się rozsypało. W tej małej główce dużo się dzieje - nadrabia miną, bawi się teraz z M., ale co jakiś czas się zamyśla i popłakuje. Gdyby chociaż był zdrowy, to zabralibyśmy go do kina, do figloparku, żeby tylko zapomniał o tym, że ten dzień, mimo naszych starań nie udał się tak, jak planowaliśmy.
Jeszcze nam się nie zdarzyło, żeby impreza tak bardzo się posypała. Jedzenia wszystkiego nie damy rady zamrozić, nie damy rady też przejeść. Ale co tam jedzenie - najważniejszy jest Młodzieniec, któremu dziś bardzo posmutniały jego figlarne oczy...

środa, 16 lutego 2011

chorobowo

Ostatnimi czasy choroba nie opuszcza naszego domu. K. po wyjściu przed Świętami ze szpitala nabył się w domku raptem 3 dni, żebyśmy już w niedzielę rano (drugi dzień Świąt B.N.) jechali na pogotowie, a potem od razu znów do szpitala. Tym razem wylądowaliśmy na dziecięcym oddziale pulmonologicznym. Nowy Rok witany w szpitalu - jedyne w swoim rodzaju przeżycie:( Teraz to ja siedziałam z młodzieńcem, w noworoczną noc złapałam lekkiego doła, bo nawet świateł na niebie nie widziałam. Ale co tam. Pobyt ten zaowocował jednak naszą większą świadomością choroby malucha. Nie znaczy to, że jest już wszystko ok, cóż... Ja poznałam tam wspaniałą osobę - koleżanka ze szpitalnego pokoju, ha! Nawet nie przypuszczałam, że w takim miejscu spotkam kogoś tak fantastycznego. A jednak;) Dzieci nasze się polubiły, my się polubiłyśmy, mężowie się polubili - coś dobrego w czymś mało optymistycznym. Szpitale nie są więc takie złe. A i na lekarzy świetnych trafiliśmy.
Były też - dla mnie przynajmniej - chwile grozy, bo widziałam zza szyby naszego pokoju, jak kobieta w drugim pokoju dziękuje już za swoje życie... Widziałam, a jednak nie byłam świadoma tego, co robi w dziwnej pozie, przykryta kocem, leżąc na kozetce, gdy jej mały synek rozrabiał w pokoju. Potem wszędzie krew, lekarze, oddział psychiatryczny gościnnie w naszym szpitalu... Nawet w takich miejscach, gdzie dzieci mają być leczone, dzieje się tragedia człowieka dorosłego. Smutne to życie, cóż...
Po szpitalnym pobycie młodzieniec musiał pozostać w domu, dobrze, że w pracy miałam wolne. Tak więc kolejne dwa tygodnie bez przedszkola. Później poszedł na jeden raptem dzień między kumpli i wrócił zainfekowany. Znów dwa tygodnie w domu - M. przeniósł pracę do domu na ten czas. Trochę z tą ostatnią chorobą ja namieszałam, bo sama się rozłożyłam, co nie znaczy, że do pracy nie chodziłam, oj nie - na czterech, ale pójdę! - kiedyś pewnie za to zapłacę. No i poszedł wczoraj znów do przedszkola, dziś, a jutro... do lekarza, bo COŚ! Tak więc, w ramach statystycznych podsumowań - od grudnia dziecię me było całe 4 dni w przedszkolu - 1 dzień w grudniu, 3 dni w lutym... A KASA LECI ZA PRZEDSZKOLE! Opadam pomału z sił. Kończą nam się pomysły na kombinowanie z pracą tak, aby nie brać wolnego. Nie mogę ciągle obciążać sąsiadki z dołu pilnowaniem K., bo ona też ma swoje plany, wyjazdy itd.

No nic, tak na koniec tego użalania się ze spóźnioną skróconą relacją poszpitalną, mała odskocznia po mojej wizycie u lekarza:
Katar dosyć skutecznie przytkał mi uszy, no i trochę głuchawa sobie od kilku dni byłam... Gdy przyszłam do lekarza, tak akurat trafiłam, że poczekalnia była zupełnie pusta, lekarz kończył już dyżur, następny miał być za dwie godziny. Pani w rejestracji kazała mi zapytać doktora, czy jeszcze mnie przyjmie, ale w międzyczasie chciała już przygotować mój zeszyt. Powiedziałam jej jak się zwę i czekałam koło tych drzwi lekarskich. Wtedy ona coś tam do mnie powiedziała, a ja... głucha, aczkolwiek zszokowana tym, co do mnie powiedziała, powtórzyłam jej pytanie idąc do niej: "CZY JA SIĘ MYŁAM???". "Nie, ja pytam, czy pani tu już była?":)No to się dogadałyśmy. Uśmiałyśmy się na maxa, wyjaśniłam, że na uszy mi się rzuciło i ucieszyłam się, że nikogo nie było i nikt tego obciachu nie słyszał:) Ale drugi myk był juz u lekarza. Facet mnie bada. Siedzę na stołeczku w biustonoszu, on mi tam z tyłu słuchaweczką jeździ. A potem coś do mnie gada. Usłyszałam "Teraz nago proszę"... No to odwracam się przodem na tym stołeczku, łapię za zapinkę biustonosza, ale w duchu sobie myślę "nie ma szans, nie rozbiorę się"... no i gdy tak gmerałam przy zapince (zupełnie bezsensownie, bo i tak nie miałam zamiaru się rozebrać), myśląc to, co myślałam, zobaczyłam, że on do mnie wyciąga patyczek... Wtedy dotarło do mnie, że on powiedział "TERAZ GARDŁO PROSZĘ" !!! Gdybym zrobiła to, co usłyszałam, widziałby mnie ten lekarz na oczy swe ostatni już raz.
Moja wyobraźnia bujna jest i gdy siedziałam już w samochodzie, nie mogłam od razu ruszyć, bo śmiałam się sama z siebie, wyobrażając sobie scenę dokonaną - minę lekarza, gdybym zrealizowała prośbę, którą usłyszałam;)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

pusto

Jeszcze tak pusto w tym domu nie było. Ani męża, ani dziecka...
Młodzieniec wciąż nam choruje. Tym razem miał obustronne zapalenie oskrzeli, jednostronne zapalenie płuc. Poszliśmy dziś do kontroli, a tu przykra niespodzianka - skierowanie do szpitala w trybie natychmiastowym. M. wziął urlop, żeby z nim w szpitalu siedzieć, ja po pracy będę dojeżdżać, zmieniać M. na kilka godzin. Takiego zakończenia sprawy nie braliśmy pod uwagę.
Zostawiłam chłopaków, przyjechałam do domu i miotam się teraz, łażę z kąta w kąt i nie potrafię się odnaleźć. Pusto tak jakoś, dziwnie.
Przygotowania świąteczne zostały u nas zatrzymane. W zeszłym roku w tym czasie umierał Tato - w piątek będzie pierwsza rocznica Jego śmierci.
W tym roku młodzieniec leży w szpitalu... Takie to wszystko pokręcone. Chyba nic mnie się nie chce. Jestem zmęczona już - fizycznie i psychicznie - tymi wciąż nawracającymi chorobami malucha. Ciągle zapalenie oskrzeli. Od września mogę bez problemu co do dnia wyliczyć, ile razy był w przedszkolu. I dziś moja cierpliwość dla leczenia dziecka naszego w ośrodku zdrowia się wyczerpała. Bo nie jest to normalne, żeby dziecko średnio co drugi tydzień chorowało na zapalenie oskrzeli. Chyba faktycznie tak już musi być - trzeba dobrze zapłacić, żeby być dobrze zdiagnozowanym i wyleczonym. Tak więc będziemy nieodwołalnie leczyć dziecię prywatne, byle tylko już nie chorowało. Bo nie chcę, żeby maluch leżał mi w szpitalu - bez względu na to, jak bardzo jest on przyjazny, ciepły i kolorowy... Musimy tylko znaleźć dobrego pediatrę. Mieliśmy rewelacyjnego, zanim wyjechaliśmy ze Śląska. Tutaj jakoś ciężko nam kogoś konkretnego znaleźć. Ale to już nasze zadanie - szukajcie, a znajdziecie.
W domu cicho, pusto i tak jakoś dziwnie. Wchodzę co chwilę do pokoju młodego, a tam pusto... Dziwne uczucie, naprawdę dziwne... Wiem, że nie jest tam sam, wiem, że ma się do kogo przytulić. Wiem też, że przecież wkrótce wróci do domu. Wiem, że jutro do niego pojadę. Wszystko wiem. Wiem przede wszystkim, że nasze życie byłoby niczym bez tego łobuziaka, którego kochamy ponad wszystko. Niech wraca do zdrowia, a cała reszta na chwilę obecną jest nieważna...

sobota, 27 listopada 2010

rozmowa z dziecięciem

Tak, tak, jak znikam, to na dobre, jak się pojawię , to namolnie prawie. Ale co tam, tego już nie zmienię. Miałam kłaść się spać, ale przypomniałam sobie jedną, godną wg mnie uwiecznienia, scenkę z dnia dzisiejszego - no, właściwie to wczorajszego;)

Byłam z młodzieńcem na popołudniowej kawce u sąsiadki z dołu (młody na herbatce, oczywiście). Tak sobie gaduliliśmy, kawkowaliśmy, kiedy smyk podsunął mi gazetę pod nos i zapytał, czy chciałabym wyglądać jak ta pani. Spojrzałam na wskazywane zdjęcie, na którym była Eva Longoria i z rozmarzeniem odparłam, że "oczywiście, miło by było, gdybym dorównywała jej urodą. Nie miałabym absolutnie nic przeciwko." Na co, smark jeden bez zastanowienia z gruber rury mi dowalił: "Nawet o tym nie śnij!". Matko, zamurowało mnie deczko, bo jakoś na taką akurat kontynuację naszej rozmowy nie byłam nastawiona. Sytuację uratowała sąsiadka, która zapytała pyskacza, dlaczego tak mówi do mamusi. Dziecię dalej brnęło w zaparte: " No niech o tym nie śni. Bo po co? Moja mamusia i tak jest najpiękniejsza na świecie. To moja gwiazda! Nikt nie ma takiej ładnej mamusi. Jest ładniejsza od tej pani." A na potwierdzenie tych słów dostałam mega buziaka i ogromne uściski - przytulaki.

Ha! Jestem piękną gwiazdą!!!Szkoda tylko, że dnia któregoś pewnie pojawi się jakaś panienka, która zajmie moje dostojne miejsce i już nie będę dla niego najpiękniejsza...;) Już teraz nastawiam się psychicznie na bolesny upadek z piedestału, hehe!

Dzieciak mój kochany:) Czasami rzuci takim hasłem, że szczęki trzeba zbierać z podłogi. Najbardziej żałuję, że nie jestem w stanie tego wszystkiego uwieczniać, bo musiałabym ciągle chodzić z dyktafonem. Galopującą sklerozę przecież mam!;)

czwartek, 25 listopada 2010

lata świetlne za mną


Tak, tak, lata świetlne minęły odkąd ostatni raz tu pisałam. No i najprościej jest zrzucić winę na brak czasu, ale przy okazji dochodzi jeszcze może szczypta lenistwa...;) To lenistwo okraszę zdjęciem ostatniej w tym roku tęczy, które dopiero przed chwilą z aparatu zrzuciłam... a robiłam je z okna kuchennego;) Było jeszcze ciepło i zielono. Uuuu, tęsknię za wiosną i latem!!! - a za oknem przecież pierwszy śnieg leży:(

U mnie w zasadzie dzieje się dużo. Np. ostatnimi czasy zgłębiam ambitnie anatomiczne zawiłości nosa, jamy ustnej, zaznajamiam się z zatokami... Masakra - zgłębiam, zgłębiam i na tym byłby koniec. Ale jak nie drzwiami to oknem - zaprę się i wreszcie to opanuję.

Co poza tym, hm... dziecię me cudne wciąż choruje i już nie wiem, za co w tym przedszkolu płacę;) Przecież więcej go tam nie ma niż jest, niestety:( Wciąż łapie infekcje. Od września najdłużej jednym ciągiem w przedszkolu był dwa tygodnie. Dobrze, że jest sąsiadka na dole, to przynajmniej nie muszę tak często brać zwolnienia z pracy, bo chyba szybko by mi powiedzieli: serdecznie dziękujemy (no, może przesadziłam, ale na pewno miałabym marne szanse na przedłużenie umowy). Smutne jest, że ta nasza rzeczywistość nie pozwala nam chorować, a raczej dziecku - bo ja to na czterech, ale do pracy pójdę, a lekarza szerokim łukiem ominę. Gdy dziecię choruje, rodzice często stają przed dylematem - co teraz. Ja jestem naprawdę w komfortowej sytuacji, ale wiele osób tak dobrze nie ma. Każde zwolnienie jednoznacznie nas definiuje - jesteśmy niewydajni... Przykra ta nasza rzeczywistość. I widzę w świetlicy dzieci, które od jej otwarcia, aż do jej zamknięcia tam siedzą, bo rodzice pracują. Można się zżymać na takie rodzicielstwo, owszem, ale chyba nie tędy droga. Jasne, są śmiałkowie - rodzice, którzy dzieci w świetlicowych progach zostawiają dla swojej wygody, "bo mają chwilę dla siebie i na załatwienie swoich spraw". Ale wielu z nich zostawia tam dzieciaki dlatego, że praca ich do tego zmusza. Potem biegną z językiem na wierzchu, żeby tylko dzieciaczka zdążyć odebrać przed zamknięciem. Idąc na łatwiznę, można takich rodziców w myślach piętnować. Ale chyba lepiej na tę naszą dziwną rzeczywistość się pozżymać. Zresztą, sama lepsza nie jestem, niestety... Po jednych zajęciach biegnę na świetlicę, no i to, czy zdążę na czas odebrać mojego smyka z przedszkola zależy od tego, czy rodzice "moich" dzieci zdążą je też na czas odebrać... Paranoiczne błędne kołko. Nic dodać, nic ująć.

Rozpisałam się na zupełnie inny temat niż zamierzałam;) czyli standard! A zaczęłam od tego, że dziecię mi choruje i tyle. Wiemy już, że jedną z przyczyn, oprócz astmy, może być przerost migdałka. I tu zaczyna się dylemat - ciąć, czy nie? Tyle, ile jest głosów za, tyle słyszę głosów przeciwnych. Już sami nie wiemy, co z tym fantem zrobić. A może ktoś umiałby mi doradzić, rozjaśnić trochę w łepetynce, bo nie chcę w żaden sposób zaszkodzić młodzieńcowi? Nie wiem tylko, co w tym wypadku znaczyć będzie - "zaszkodzić":(

W międzyczasie, gdy mnie nie było na blogowych kartach (dziwnie to brzmi), byłam między innymi na Kaszubach. To było dla mnie jak powrót na wakacje - lasy, jeziora, cudne, przepiękne widoki... Szkoda, że tak krótki był to czas i że pogoda nie dopisała. Ale co tam, widoki wszystko wynagrodziły, naprawdę. Miałam szczery zamiar zrobić wiele zdjęć, zrobić tutaj jakąś piękną galerię. Ale niestety, na tym chceniu się skończyło, bo - jak to zwykle w takich sytuacjach (u mnie w każdym razie!) bywa - aparat odmówił mi posłuszeństwa. Baterie padły, a w miejscach, w których byliśmy nigdzie nie mogłam dokonać zakupu nowych:( No i skończyło się na "cykaniu" fotek oczyma - dobre i to, jak mnie się zechce, to sobie je oglądam;)

Młodzieniec chory,a tym razem sąsiadka z dołu nie mogła mi się nim zająć, toteż zmuszona byłam iść na zwolnienie. Może to i dobrze, bo trochę odsypiam, bo nadrabiam zaległości w takich banałach jak: pranie, prasowanie, sprzątanie. Poza tym uczę się trochę... Na liście rzeczy do zrobienia w tym wolnym od pracy tygodniu mam jeszcze wiele punktów, których wciąż nie wykreśliłam. A tydzień już się pomału kończy... No cóż, trzeba się sprężyć i to solidnie. Najważniejsze, to sprawdzenie testów, ale tu nockę chyba zarwać trzeba będzie, żeby się wyrobić. I tak znów wpadam w błędne koło - wolne od pracy nie czyni mnie mniej zapracowaną. Tak to chyba wszystkie kobiety mają. Bo śmiem bezczelnie podejrzewać, że facet taki czas wolny jakoś inaczej by wykorzystał - zapewne w sensie bardziej wolnym... W takich chwilach żałuję (ale tylko odrobinkę!), że nie jestem mężczyzną... Ambitnie, żeby ten "wolny" tydzień, pełen rzeczy koniecznych do wykonania jeszcze bardziej zapełnić, postanowiłam uszyć sobie torbę. No i wpadłam w "torbowy" amok - powstały cztery, a co! Jedną z nich w zasadzie uszyła mi sąsiadka. Ja ją sobie wymyśliłam, powiedziałam co i jak, a sąsiadka na zasadzie "czekaj, pokażę ci jak to zrobić łatwiej" uszyła ją w całości. Nie mogę powiedzieć, żebym się gniewała;) No to na koniec mała prezentacja. Torba uszyta przez sąsiadkę to ta duża czarna, pozostałe banały są moje. Kolejne są w planach. A co - będę zmieniać je częściej niż rękawiczki;) Zdjęć nie obrabiam, bo już młody nade mną stoi i woła do zabawy. A hasło: "Moja mamusia zawsze dla mnie znajdzie przecież czas" do czegoś zobowiązuje, bez względu, czy to jest jest tylko podpucha, czy najszczersza w świecie prawda.

Pozdrawiam wszystkich czytaczy i podglądaczy. Mam nadzieję, że jeszcze od czasu do czasu ktoś tu zajrzy...;) Hmmm, mój długi niebyt na tychże włościach sprawił, że nie wiem/nie pamiętam (sic!), jak mam przesunąć zdjęcia, aby były umieszczone w tych miejscach, w których ja chcę, aby były... Dlatego są tak, jak leci, trudno. Później nad tym pomyślę, albo jutro, jak Scarlett;)






niedziela, 29 sierpnia 2010

chwalipięcko

Dziś krótko i lekko chwalipięcko. Zrobiłam sobie ostatnio dwie torby na szydełku. Nowicjuszką w tym jestem, ale oko cieszy, mimo wszystko:) Wkręciłam się na tyle, że już w planach mam kolejne. Byle tylko czasu trochę znaleźć.


Jako że 1 września już tuż, tuż, na szybko uszyłam wczoraj dziecięciu memu worek do przedszkola. Mały się ucieszył, kapcie od razu do środka wrzucił i już jest gotów do wyjścia;)

A skoro maszynę miałam już wyciągniętą, skleciłam także łazienkowy przybornik. Wszystko jest ok, nie ukrywam, że dumna i blada jestem, że jako tako mi to wyszło. Jednak po wypełnieniu środka, całość lekko się zdeformowała. Widać to zresztą na zdjęciu. Hm, nie mam pomysłu, czym by to od tyłu usztywnić, aby przy praniu rzecz się nie zniszczyła i jednocześnie zachowana była oczekiwana forma. Na razie wisi tak, jak na załączonym obrazku i jak znam zycie, pewnie tak trochę powisi;)


Dziś po obiedzie i drzemkach dzieciaków wybieramy się do Ikea:) To sklep, w którym mogłabym buszować godzinami. W zasadzie nie muszę nic kupować (fakt - jeszcze nigdy z pustymi rękoma nie wyszłam, hehe!), wystarczy, że oczy swe napatrzę na kompozycje, pomysły jakieś ściągnę. Jak znam życie, dzisiejsza wyprawa będzie też okraszona jakimiś łupami:) - dzieciaki do przedszkola, a my fruuu, cieszyć oczy!

W najbliższym czasie muszę tu zamieścić zdjęcia kolejnych staroci, które mi sprezentowano. Mam tam m. in. starą tarę do prania, wagę, żelazko, młynek:) Na razie wszystko stoi w piwnicznych czeluściach i czeka na moje natchnienie, bo znacznego odświeżenia rzeczy wymagają.

A na koniec jeszcze jedna zajawka z życia naszej - tymczasowo - dwójki dzieci.
Kuzynostwo grzecznie, bądź mniej grzecznie się bawiło u sąsiadki mej. W pokoju, w którym najwięcej łobuzowali, przy komputerze stały na talerzyk wysypane orzeszki - ich owoc zakazany. Dzieciaki, korzystając z tego, że siedziałyśmy w kuchni - na kawce małej;) - momentami zapadały w tajemnicze milczenie. Co jednak tam zajrzałyśmy, udawały, że grzecznie się bawią. W końcu przyszedł na nas czas. Mówię do młodego, żeby z młodą się pożegnał, bo na drzemkę trzeba iść. Młoda zaczęła go buntować, używając do tego szeptu teatralnego: "Poproś ciocię, żebyś jeszcze mógł tu zostać. Błagaj ją o to. Złóż rączki i błagaj, żeby jeszcze nie szła. No błagaj, słyszysz." Młody, potulny cielaczek, robił to wszystko, dołączając do tego jeszcze maślane spojrzenie. Godzina jednak była już późna, trzeba było już iść, tym bardziej, że młoda także miała iść spać. Nadszedł jednak czas ponownego popołudniowego spotkania. Z sąsiadką zeszłam do piwnicy na chwilę po słoiki, dzieciaki się bawiły - nasłuch był, wszystko było w porządku. No i w tej piwnicy dowiedziałam się, że młoda, po naszym wyjściu nakablowała na młodego, że jadł orzeszki:) Babcia oczywiście głowę jej zmyła za to, że skarży na swojego przyjaciela, ale hasło już padło. No to ja, niewiele myśląc, powiedziałam, że zaraz młodemu urządzę przepytywankę. Jako, że niosłam do góry też napój, który w sześciopak pakowany był folią, wpadłam na mega pomysł. Gdy tylko weszłyśmy do mieszkania, zawołałam do meldunku dzieciaki. Pokornie stanęły, wzięłam młodego przed siebie i wyciągnęłam tę folię z napoju... Powiedziałam, że to jest tajemnicza folia prawdy. Przyłożyłam mu ją do brzuszka i powiedziałam, że teraz ta folia powie mi prawdę. Młodzieniec zrobił wielkie oczy, młoda też gapiła się jak sroka w kość, a sąsiadka prawie się udusiła, próbując powstrzymać śmiech. Trzymałam tak tę folię i powiedziałam, że czuję, że w jego żołądku znajdują się orzeszki. "Czy jadłeś dziś orzeszki? Tylko nie kłam, bo folia prawdę mi mówi. Teraz oczekuję od ciebie, że się przyznasz do błędu." Dziecię z oczętami jak spodki najpierw chciało uciekać, ale po chwili wszystko wyśpiewało: "Jadłem orzeszki, ale ona też". No to ja sru - folię do brzuszka młodej, ta chciała też na początku się wyprzeć, ale ostatecznie przyznała się "Jadłam. On mi dał orzeszka, a ja poczęstowałam jego". No i tak to dzieciaki przyznały się do błędu. Najpierw jeden długojęzycznik wszystko wykablował babci, nie wiedząc, że przez to sam wpadnie:) A folia prawdy została schowana - jeszcze na pewno nam się przyda...

piątek, 27 sierpnia 2010

dziecięce rozmówki




Na początek zdjęcia, które miały być na końcu, ale coś mi się tu krzaczy, no i nie działa tak,  jak powinno. Mniejsza z tym - zdjątka są, a gdzie, to już nieistotne.

Kuzynka smyka mego przyjechała do babci. Jest więc piętro niżej, a co za tym idzie, dzieciaki - rówieśnicy w zasadzie, widzą się każdego dnia. Ich miłość wzajemna objawia się w tym roku kłótniami, biciem, skarżeniem, współzawodnictwem. Dochodzi do tego oczywiście spacerowanie za rączkę, zabawa w dzidziusia (!), przytulaski. W uczuciowości swojej przechodzą z jednej skrajności w drugą, no i tak naprawdę można oszaleć momentami, ale trzeba być dzielnym;) Dobrze, że melisy w ogrodzie nie brakuje... Czterolatki te charakterne są dosyć, a co za tym idzie, trzeba im serwować co jakiś czas dłuższe momenty odosobnienia. Wtedy i miłość między nimi jest większa, i w zgodzie bawić się potrafią nieco dłużej. Dziś, po porannych szamotaninach mieli postawione pod znak zapytania popołudniowe spotkanie. Jako że i ja miałam trochę pracy do pracy, a co za tym idzie, sporo siedzenia przy laptopie, nawet na rękę było mi to odosobnienie. Co prawda zamierzałam zejść do sąsiadki na małą kawkę, ale smyk nie musiał o tym wiedzieć. W którymś momencie młody przyszedł do mnie, podparł się o framugę i z miną mędrca, a zarazem smakosza stwierdził: "Mamunia, wiesz co, tak sobie myślę, że może wyskoczylibyśmy do babci na małą kawkę..." Zasugerowałam mu delikatnie, że kawka, jak już, to dla mnie, dla niego soczek, ale ja kawkę akurat piję, a do babci nie pójdziemy z dwóch powodów - jego kary i mojej pracy. Młody nie poddawał się: "Wiesz co, myślę sobie, że jednak mała kawka by nie zaszkodziła... "Cwaniak, dobrze kombinował - ja na kawkę, on na wariacje z młodą. Byłam nieugięta. Po jakichś 20 min dziecię ponownie było przy mnie: "Wiesz co, jak nie pójdziesz na kawkę do babci i mnie ze sobą nie weźmiesz, to z kim ja biedny będę się bawił? Zastanów się trochę mamuniu, dobrze? Tylko wymyśl wszystko dobrze, to ważne". Zasugerowałam mu, że już wymyśliłam i nigdzie nie pójdziemy. Na co młodzieniec, w akcie desperacji znów przystąpił do ataku: "Jak nie pójdziemy na dół do dziewczyn, to z kim ja się będę bawił". No ze mną, to oczywiste, prawda? Dziecko podeszło do mnie, złapało mnie za twarz i zogromną szczerością podsumowało: "Wiesz co mamuniu, świetna z ciebie kobieta mojego życia, ale ja mam ochotę pobawić się z dzieckiem. Chodźmy więc do babci". No i poszliśmy.